na styku

zapiski na styku obserwacji i prowokacji, cynizmu i liryzmu, blagi i powagi

Wpisy otagowane „X muza”

  • poniedziałek, 23 stycznia 2012
  • niedziela, 18 grudnia 2011
    • jestem reklamożercą, ale wybrednym

      jeśli chodzi o noc reklamożerców, to polecam zostać fanem ich fanpage'a i zajrzeć tam dzień po imprezie. wszystkie smakowite kąski fani wrzucą sami. nie powiem - pokazanych zostało kilka majstersztyków, ale dla zapełnienia czasu (bo nie wiem, jaki mógł być inny powód) i sporo badziewia... takich niby śmiechowych, a tak naprawdę obleśnych spotów. szczególnie o 2-3 w nocy człowiek staje się krytyczny... jeśli noc reklamożerców jest pokazem najlepszych reklam, to przed wami the best of the best:

      mój typ to reklama, która kapitalnie podsumowuje kobiecą naturę:

      

       

      Grzesiek docenił mężczyzn z talentem...

      

       

      ja uwielbiam reklamy samochodów, szczególnie z fantazją zamiast peanów na temat osiągów silnika:

      

       

      z odniesieniami do kultowych scen filmowych:

      

       

      prosta i pomysłowa reklama arabskich wiadomości:

      

       

      i fajne zaskoczenie od mc donald's 

      

       

      coś dla panów, czyli jak wygrać z czekoladą w oczach pań?

      

       

      i na deser serek panda. nie chcecie deserku? nie radzę...

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      tiferet
      Czas publikacji:
      niedziela, 18 grudnia 2011 14:35
  • piątek, 15 października 2010
    • gorsza strona świata

      raz w tygodniu opróżniam swoją euroskrzynkę. częściej, gdy spodziewam się jakiejś przesyłki. zwyczajowo 7 dni to akurat tyle, by nazbierała się sterta ulotek warta fatygi, a jeszcze dająca się wyciągnąć. nie jestem oryginalna, adaś miauczyński zmagał się z tym samym absurdalnym rytuałem. niemniej czasem mnie to doprawdy irytuje. szczególnie, gdy dostaję kilka egzemplarzy tej samej oferty - ich liczba w tym wypadku nie przekłada się na skuteczność. no cóż, może mam szczęście do ulotkarza, któremu zawsze przy mojej skrzynce sklejają się dwie karteluszki. nic to, dwie wyrzuca sie równie łatwo co jedną.

      jakimże to jeszcze bezcennym spostrzeżeniem, by się tu z wami podzielić... a tak, mogliby w końcu puścić jakiś autobus, który leciałby wilanowską do galerii, a nie tylko do metra. bo kurde robię pętlę przez pół mokotowa. no ale ztm to już kopalnia absurdów na wiele postów.

      i jeszcze jedno - dlaczego w kinach nie ma szatni? siedzenie na kurtce przez 121 minut nie jest zbyt wygodne, zajmowanie nią miejsca obok nie jest zbyt możliwe przy większej frekwencji, a trzymanie na kolanach nie jest zbyt praktyczne, bo leży tam już torebka. domyślam się, że czasem jest tak, że wchodzi się na salę jednym wejściem, a wychodzi innym... ale nie jest tak wszędzie, więc powód musi być jeszcze jakiś? szybsza rotacja widzów? być może. ale jesienią i zimą naprawdę brakuje mi takiego udogodnienia.

      i chyba tyle na dziś, jeśli chodzi o wytykanie światu wad. niebawem weekend i zobaczę grzesia po delegacji, więc pewnie wszystko mu wybaczę (światu, a grzesiowi to zależy, co zbroił ;)).

      a może to pierwsze objawy starzenia się?

       

      [panie doktorze, przyszłam się zaszczepić na patologie świata]

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      tiferet
      Czas publikacji:
      piątek, 15 października 2010 00:23
  • środa, 10 marca 2010
    • w pułapce oscarów

      w tym roku komentarze oscarowe spokojniejsze niż w ubiegłym, bo nasze niezagojone katyńskie rany nie musiały się mierzyć ze slumdogiem. przyznam, że dopiero czytając o zwycięzcach zauważyłam, że polski (polsko-niemiecki mówiac dokładniej) krótkometrażowy film dokumentalny otrzymał nominację. "królik po berlińsku" jakos nie odbił się dużym echem w mediach, choć był na ekranach na początku grudnia... pamiętam, że przemknął mi ten tytuł przed oczami na wff, ale  go pominęłam... chyba zabrakło mu lepszej promocji (czyżby wciąż traktowano dokument jako gorszą kategorię kina?).

      może emocji nie podgrzewa również fakt, że film, który wygrał większości polskich krytyków się podoba. ba, pietrasik stwierdził wręcz, że to może jeden z najważniejszych współczesnych filmów o wojnie. nie wiem od kiedy liczyć współczesność, ale jak bym go tak łatwo nie postawiła nad full metal jacket, paragrafem 22, listą shindlera, ziemią niczyją i paroma innymi moimi faworytami. ale nie mówię, to rzeczywiście dobre kino!

      ale trochę zdziwień jest. najlepszą reżyserka została kobieta - for the very first time! i co ciekawę za kawałek bardzo męskiego kina! to pozytywne zdziwienie. z kolei negatywnym są, jak dla mnie, aż 4 nominacje dla "dystryktu 9"... krwawa bajka o wyrośniętych krewetkach z kosmosu, które przypadkiem trafiają na naszą planetę i zostają jej mieszkańcami w stworzonym dla nich specjalnie getcie. przyznaję, zaczyna się nieźle, zwłaszcza, że reżyser stawia kilka ciekawych pytań natury socjologicznej, ale potem to już tylko jeden wielki łomot o coraz mniej wciągajacej akcji. no ale może kwestia tolerancji międzyplanetarnej to nadchodzące nowe oblicze apartheidu, które już dziś niepokoi kochających spokój i pokój amerykanów?

      co jeszcze mogę dodać... a tak, znowu meryl nie dostała oscara (to już jej bodaj szesnasta nominacja, 2 razy otrzymała statuetkę - za piękne, przejmujące role w "sprawie kramerów" i "wyborze zofii"). na pewno była lepsza w "julie i julia" od sandry bullock w "the blind side", choc rola jej życia to to nie jest. co prawda nie widziałam tego drugiego, ale w nawet najlepszej roli sandra ("speed") będzie gorsza od najsłabszej roli meryl (yyy no to mam problem, moje uwielbienie do niej chyba nie zna granic, nawet w kiepskich filmach jak "pokój marvina" czy "ukryta strategia" podobała mi się!). meryl wielką aktorką jest i już.

      no nie mogę, żeby to którakolwiek inna z nominowanych dostała tę nagrodę, to bym nie narzekała, ale taki przeciętniak! ech... na pociechę mam statuetkę dla waltza za fenomalnelnego porucznika hansa landę w "bękartach wojny". it's a bingo!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      tiferet
      Czas publikacji:
      środa, 10 marca 2010 00:18
  • niedziela, 01 listopada 2009
    • uwielbiam meryl

      uwielbiam meryl streep. jest dla mnie najzdolniejszą współczesną aktorką. właśnie wróciłam z kina i nie mogę się powstrzymać by nie popiać z zachwytu na gorąco. byłyśmy z siostrą na filmie "julie i julia", który poleciła mi marianka. zresztą nie jest ważne, co i kto powiedziałby mi o tym filmie. jeśli gra tam meryl, to jest to obowiązkowa pozycja! po zwiatunach spodziewałam się raczej banalnej komedyjki, o tym, jak gotowanie może być lekiem na znudzenie sobą i oderwanie od przytłaczającej rzeczywistości. i byłaby nią ten film bez wątpienia, gdyby nie fenomenalna wprost kreacja meryl. to, co umie ta kobieta wprawia mnie w nieopisany zachwyt... wachlarz jej możliwości jest naprawdę imponujący. potrafi zagrać mamuśkę-trzpiotkę ("mamma mia"), demoniczną odpowiedniczkę mojej ex-szefowej ("diabeł ubiera się u prady"), surową, zasadniczą zakonnicę ("wątpliwość") i rozbrajającą żonę ambasadora, która z nudów postanawia nauczyć się gotować ("julie i julia"). i w każdej w tych ról jest diabelsko wiarygodna!

      swoją drogą sam film ma sporo uroku. nie polecam oglądać go z pustym żołądkiem, bo kulinarne cuda, które potrafią wyczarować dwie główne bohaterki bezlitośnie pobudzają soki trawienne. do tego krzepiący przekaz o tym, że nie musisz być mistrzynią w tym, co robisz... ważne by sprawiało ci to radość. no i odkryjesz jak erotyczne są gorące cannelloni!

      no dość zachwytów. czas udać się do kuchni pozmywać nie wiedzieć kiedy powstałą stertę naczyń. fakt, gotowanie może być zabawą, szkoda, że zmywanie jakoś nią nie jest...

      prawdziwa julie child i w wykonaniu meryl streep

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „uwielbiam meryl”
      Tagi:
      Autor(ka):
      tiferet
      Czas publikacji:
      niedziela, 01 listopada 2009 18:01
  • środa, 07 października 2009
    • przydługa historia o kupowaniu biletów

      nudzi ci się w środowy wieczór? wybierz się do empiku kupić bilety w przedsprzedaży na wff (nie mylić z wf-em, choć gimnastyka zbliżona). otóż odkąd pamiętam i w wff-ie uczestniczę system zamawiania biletów mają iście kuriozalny. rozumiem taką organizację 25 lat temu, ale dziś...

      a więc system działa tak. idziesz na I piętro empiku w juniorze, bierzesz płachtę, na której w odpowiednich kratkach zaznaczasz liczbę biletów na dany film. z tak wypełnionym formularzem stajesz w kolejce nr 1 (przyjmowanie zamówień). w trakcie, gdy ubywa ludzi przed tobą, znikają też wolne bilety na kolejne seanse... i widzisz jak bezlitośny marker wykreśla z kalendarza na tablicy kolejne projekcje. zanim dochodzisz do kontuaru, formularz wygląda jak szyfrogram (w drodze musisz powykreslać niedostępne projekcje i zaznaczyć inne). w trakcie oczekiwania w ogonku tłumaczysz tym, co tu pierwszy raz, całą procedurę. wybałuszają oczy na ciebie i nie chcą wierzyć, że odstanie w tej kolejce to jeszcze nie jest załatwiona sprawa. ba, złożony formularz niczego nie gwarantuje... i możesz tak, jak ja dziś, po godzinie oczekiwania i odstania w kolejce nr 2 (wydawanie biletów) usłyszeć od sympatycznego pana: przykro mi, nie ma biletów na filmy, które pani zaznaczyła. że nie ma, to rozumiem, ale że dowiaduję się tego post factum to dla mnie niepojęte.

      niemniej mistrzyni ze mnie. wybrałam 3 filmy i bilety na wszystkie 3 wyprzedały się na pniu. ma się nosa. ale niestety nie będzie historii kosmonauty, który nie chce wracać na ziemię,  wykolejonej 15-latki, która ma hip-hop(la) ani gaela garcii bernala (czy to ważne o czym, skoro gra gael?).

      no i co robisz, gdy już (w końcu!) się dowiesz, że nic z tego nie zobaczysz? bierzesz nowy formularz, zaznaczasz kolejne filmy i powtarzasz całą drogę. znów bez gwarancji, że uda ci się zrealizować zamówienie. tym razem wybierasz już jednak mniej krytycznie. psychole w meksyku? dobre. historia pioniera internetu? znów powiedzą, że to pracoholizm, ale co tam. o tym dlaczego niektórzy żydzi są antysemitami? koniecznie!

      ale wracajac do organizacji. zastanawia mnie, czemu osoba, która przyjmuje formularze nie może od razu wprowadzać ich do komputera i drukować biletów... tak, jak w tradycyjnej kasie biletowej w każdym polskim kinie. nie byłoby problemu z tym, że zamawiasz bilety, których nie ma. że niby tak jest szybciej? no nie wiem, czy jest szybciej, skoro na wynik swoich skreśleń i tak trzeba czekać godzinę (a od trzeciego-czwartego dnia przedsprzedaży szansę masz, że dostaniesz te bilety, na których ci zależy, mniej więcej jak na wygraną w totka, ale oczywiście to tylko stwierdzenie faktu). a już zupełnie nie rozumiem, czemu nie wykorzystać internetu przynajmniej w miejsce kolejki nr 1?

      jest jednak swiatełko w tunelu. w tym roku pomyśleli i zrobili wyszukiwarkę na stronie oraz opcje tworzenia listy filmów i zapisywania jej do pliku tekstowego. szkoda tylko, że sesja wygasa tak szybko, że całą listę po kilkunastu minutach bierze cholera! a spróbuj tu przejrzeć spis ponad 200 filmów w tak krótkim czasie! no ale  c o ś  robią, a to juz dużo w tym wypadku.

      mimo ogromnej uprzejmości obsługi pozostaje jednak duży niesmak. ech, a kiedyś mi to nie przeszkadzało... z wiekiem robię się coraz bardziej wymagająca (czyt. marudna), coraz mniej mam czasu na takie formalności i coraz bardziej irytują mnie absurdy organizacyjne.

      no a jutro dowiem się, czy zobaczę psycholi, "warhola sieci" i antysemitów, gdyż dziś nie starczyło mi już sił na dokończenie drugiej tury. ja rozumiem, że wff nie jest dla przeciętnej publiczności, ale nie trzeba być we wszystkim aż tak niekonwencjonalnym! wbrew pozorom wszyscy żyjemy tej samej czasoprzestrzeni i czasem po prostu chcemy... kupić bilety!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „przydługa historia o kupowaniu biletów”
      Tagi:
      Autor(ka):
      tiferet
      Czas publikacji:
      środa, 07 października 2009 23:22
  • środa, 02 września 2009
    • o wyższości thrillerów nad horrorami

      mój luby zabrał mnie wczoraj na „oszukać przeznaczenie 4” (3d, żeby było ciekawiej). za horrorami nie przepadam, zdecydowanie wolę thrillery, ale dobry horror też nie jest zły. tylko nie pamiętam, kiedy ostatnio widziałam dobry horror i który w ogóle był dla mnie dobry. także z góry uprzedzam, że będę grymasić. a że jestem uprzedzona i unikam oglądania współczesnych horrorów, to zdaję sobie sprawę, że nie jestem miarodajna, bo nie mam zdania o widmach, ringach i hostelach.

      ad rem. o ile kinematografia potrafi dzisiaj wypluć z siebie jeszcze świetne thrillery (ostatni, który mnie zachwycił, to „stan gry” z russellem crowem), o tyle z horrorami to już słabiutko. co gorsza mało kto odróżnia horrory od thrillerów, oba gatunki budzą niepokój czy strach, ale z innych powodów. nawet sami dystrybutorzy często tego nie rozróżniają! przykład – do horrorów nie nalezą choćby "piła" czy "milczenie owiec", choć tak się je klasyfikuje. każdy horror musi spełnić dwa warunki. nie chce tu się bawić w akademickie dysputy (a może chcę, ale nie tak nachalnie), ale warto zrozumieć, że horror musi być i straszny, i nierzeczywisty. a nieprawdopodobny nie oznacza nierzeczywisty! świr, który morduje, zamyka ludzi w domu-pułapce i wykańcza ich po kolei, to jeszcze nie siła nadprzyrodzona. najwyżej nadprzyrodzona głupota scenarzysty.

      kolejna próba ad rem. co jakiś czas dam się namówić na obejrzenie jakiegoś „naprawdę strasznego”… i co? z kinem grozy (warunek sine qua non nr 1 aby film był horrorem) to już niewiele ma wspólnego. albo są tak głupie (że chce się płakać, ale ze śmiechu nie strachu) jak „sierociniec” albo sprowadzają się do totalnej, głupawej rzeźni, jak „oszukać przeznaczenie” właśnie. nie wiem, jak wy, ale ja jakbym weszła do masarni to co najwyżej mogłoby mi być niedobrze, a nie strasznie. dzisiejsze horrory są obrzydliwe, a nie przerażające niestety.

      dlatego wolę – z polska – dreszczowce. trzymają w napięciu, co jest dla mnie o wiele przyjemniejszym uczuciem niż strach, że kosmita pożre głównego bohatera. można przecież zrobić inteligentny, mocny film o seryjnych, niewytłumaczalnych morderstwach („cube”) albo naprawdę przerażającą jatkę („teksańska masakra piłą mechaniczną”) czy kunsztowną rzeźnię (tarantino niemal od a do z). tylko, że to wszystko są właśnie thrillery. czyżby wniosek brzmiał – horror nie może nie być naznaczony tandetą i brednią? jak już trzeba ubrać film w siły nadprzyrodzone (warunek sine qua non nr 2 aby film był horrorem), to niestety rzadko udaje się nie popaść w kicz i nonsens.

      podczas tego wymądrzania się przyszły mi w końcu do głowy pozytywne przykłady z kina grozy. z ostatnich lat mogą to być „inni” i „stygmaty”. a z tzw. klasyki "ptaki", "lśnienie" i "wywiad z wampierm". z niższej półki „laleczka chucky”, którą dziś ogląda się bardziej jak czarną komedię, ale niewątpliwie jest to przyzwoite kino na miarę swoich czasów.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „o wyższości thrillerów nad horrorami”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      tiferet
      Czas publikacji:
      środa, 02 września 2009 13:43
  • sobota, 24 stycznia 2009
  • sobota, 15 grudnia 2007
    • ten z papugą lepszy

      jadę sobie dziś metrem. niestety jedyne, co mogę robić to myśleć, bo rozładował mi się akumulatorek w odtwarzaczu mp3. na kolejnej stacji wsiadają dwie dziewczyny, góra osiemnastki, ale trudno stwierdzić, bo strasznie odpacykowane.

      pierwsza mówi do drugiej: opowiem ci dowcip. wchodzi do baru murzyn z papugą na ramieniu. barman pyta - skąd to masz? papuga odpowiada - z afryki.

      obie: hi hi hi, ha ha ha

      pierwsza: a ten znasz? przychodzi baba z pługiem w plecach do lekarza. a lekarz na to - o żesz kurwa. hi hi hi. rozumiesz?

      druga: yyy

      pierwsza: wiesz co to pług? pługiem się orze. o-żesz-kurwa.

      druga: yyy

      pierwsza: ten z papugą lepszy, nie?

      druga: zajebisty!

      obie: hi hi hi, ha ha ha

       

      proszę, ile ja tracę, jeżdżąc ciągle ze słuchawkami w uszach!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      tiferet
      Czas publikacji:
      sobota, 15 grudnia 2007 17:15
  • niedziela, 04 listopada 2007
    • o przekleństwie cierpliwości

      wiem, że jestem niecierpliwa, a co łatwo przyszło, to łatwo poszło itd., itp. ale chciałabym znaleźć się już w chwili za-parę-miesięcy. mniemam, że wówczas wiele spraw się wyjaśni... albo jeszcze bardziej skomplikuje, ale na pewno się pozmienia! będę już znała koniec historii scofielda i burrowsa, ten blondyn z pracy przestanie się przyglądać albo będzie się przyglądał legalnie (ciekawe, czy będę musiała się wówczas tłumaczyć z tego wpisu!), a bardziej serio - pewne rzeczy przestaną być już tylko planami, ale będę mogła się z nimi zmierzyć. tak też, jak zwykle, więcej mam szatańskich pomysłów niż anielskiej cierpliwości, choć przez rozum nieprzerwanie drążę skałę niczym kropla. mam co prawda poczucie, że ku czemuś te wszystkie dni i wysiłki zdążają, ale to oczekiwanie jest okropnie żmudne.

      i za to lubię filmy. nie ma w nich miejsca na nudę, każda scena musi czemuś służyć, nawet jeśli jest to jedynie kontemplacja widoczku czy snopu światła. nie może być dłużyzn, pustych chwil, których nie znoszę, bo jak już się przyznałam na wstępie, nie należę do tych, co lubią czekać. męczy mnie czas walki o coś, wolę już chyba walczyć z czymś. męczy mnie niepewność i bezsilność. a czuję się nieco bezradna. wiem, że swoje muszę przejść, żeby zdobyć to, na czym mi zależy, ale to mozolny proces. mówią, że cierpliwość to siostra mądrości... ale dziś czuję, jak tuwim kiedy pisał, że jest to najnudniejsza forma rozpaczy.

      tyle że cierpliwi nie popełniają błędów... ani filmowych scenariuszy. albo raczej nie popełniają tak widowiskowych błędów i spektakularnych scenariuszy.

      tak, tak, wiem, życie to nie film, trzeba w nim znaleźć złoty środek, zachować równowagę. niekiedy, choć nie zawsze, lepiej nie zrobić nic, niż zrobić zawiele, a nieprzemyślane wybory okazują się lepsze niż te przemyślane. czasem opatrzność wie lepiej, co dla nas dobre. tylko ilu ludzi u kresu swoich dni, podsumowując dobiegające końca życie, może powiedzieć jak bohaterka filmu "wieczór": there's no such thing as a mistake. you get nervous, but you sing anyways. zazdroszczę takiego podejścia. choć może tuż przed śmiercią zdąży mi się jeszcze zmienić punkt widzenia. jeśli o to chodzi, mogę jednak poczekać... cierpliwie.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      tiferet
      Czas publikacji:
      niedziela, 04 listopada 2007 23:08