zapiski na styku obserwacji i prowokacji, cynizmu i liryzmu, blagi i powagi

Wpisy z tagiem: święta

wtorek, 13 grudnia 2011

wszędzie, gdzie szukam prezentów dla innych, znajduję dla siebie. ech, inni to mają łatwo, kupowanie mi prezentów musi być prawdziwą przyjemnością!

kobietom w ogóle dużo łatwiej kupić prezent. nawet nieznajomej kobiecie łatwiej niż znajomemu mężczyźnie. a może mam tak z racji płci? muszę popytać facetów... 

popytałam.

mówią, że nie lubią kupowania prezentów. i wymyślania, co chcieliby dostać też nie. chyba, że nie mają jeszcze playstation...

wnioski z obserwacji: kobiety znają się na wszystkich kobietach, szczególnie na sobie. mężczyźni nie znają się na nikim, nawet na sobie.

a jak mężczyźni kupują prezenty kobietom? kolega w pracy chciał kupić bransoletkę żonie. z tych z zawieszką i grawerem. trzeba było wybrać kształt i kolor zawieszki, kolor sznurka i grawer. na pytanie "który?" za każdym razem słyszałam "taki wiesz... normalny". mam nadzieję, że prezent od n a s (w końcu kolega płacił i wiedział, co chce... tak ogólnie wiedział, więc można mu współudział przypisać) się jej spodoba...

ależ oczywiście, jestem złośliwa i niesprawiedliwa. liczą się intencje, wiadomo. ciekawa jednak jestem ile kobiet wolałoby otrzymać dobry prezent, ale kupiony z pomocą koleżanki niż byle jaki, ale samodzielnie wybrany. i nie kitrać tego byle jakiego po komodach, tylko nosić / postawić widocznym miejscu. tak szczerze? chyba niewiele. mężczyźni nie mają lekko... pytać nas nie wypada, koleżanek tym bardziej, a sami pojęcia często nie mają.

toteż prezenty to tak naprawdę trudny i śliski temat. dlatego też, jak mawiała brigitte bardot, najlepsze są prezenty pożyteczne. na przykład: ja jemu chusteczki do nosa, on mi futro.

bill: nie wiem, co kupić żonie na gwiazdkę. ona naprawdę wszystko ma. może kupię jej rękawiczki?

henry: nie istnieje kobieta, która wszystko ma. istnieją tylko kobiety, które mają połowę rzeczy "zupełnie do niczego". ale która to połowa i dlaczego... nie próbuj zrozumieć. kup jej  coś, co się błyszczy. najlepiej, żeby mogła się w tym przeglądać.

bill: srebrny mikser?

henry: kup jej te rękawiczki.

piątek, 22 kwietnia 2011

chociaż chyba powinnam skoro znów budzi się we mnie grinch, tyle że wielkanocny.  bożonarodzeniowy kradł prezenty, wielkanocny pewnie kradłby pisanki.

różnice są dwie. primo - w przeciwieństwie do grincha nie mam wyrzutów sumienia, że nie znoszę świąt i secundo - na razie nie zanosi się, abym przeszła przemianę, jak w bajce.

zero przywiązania, sentymentu, potrzeby jakiejkolwiek socjalizacji w takich okolicznościach... bycie częścią oddanej jakiemuś rytuałowi zbiorowości i biesiadowanie w polskim stylu nie leżą w mojej naturze. taki ze mnie dziki zając, nie królik domowy.

piątek, 03 grudnia 2010

marketingowcy nie mają świąt.

tak się złożyło, że przejęłam w tym roku część obowiązków po koleżance, marketingowych obowiązków i... marzę o dniu po świętach. akcje promocyjne, specjalne oferty dla klientów, deale-srile, inserty - oczywiście wszystko z przewodnimi słowami "święta" i "prezenty" - sprawiają, że rozbrzmiewające w kolejnych stacjach "last christmas" wham doprowadzają mnie do torsji. nigdy nie lubiłam świąt, ale w tym roku moja awersja osiągnęła apogeum. nieuchronność uczestnictwa w tej świątecznej nagonce, rozniecaniu kompletnie niezrozumiałego dla mnie entuzjamu, jeszcze bardziej odpycha mnie od rytuałów wokół przystrojonego iglaka.

jedyna rzecz, którą naprawdę w tym lubię, to robienie prezentów (i iglak, ale bez zbędnych ceremoniałów). po całym tygodniu walki z widmem "świątecznego boomu", ostatnią rzeczą, o której chce mi się myśleć są prezenty... może wręczę wszystkim jakieś bony, niech sobie wybiorą, co chcą? smutne. naprawdę smutne, bo wymyślanie prezentów najbliższym zawsze było frajdą, szczególnie, że - przyznam nieskromnie -  byłam w tym dobra. teraz nie wymyślam, teraz skanuję oferty - własne, konkurencji i tego, kto się napatoczy. jeszcze nic nie wybrałam, bo wciąż wierzę, że ten zastój minie. że wyjdę ze stanu odtrętwienia i stanę po drugiej stronie - zacznę ulegać magii świąt, zamiast kombinować, jak ją wykreować i sprzedać. ale czy tak można? kupić coś od samego siebie? czy jak w tym powiedzeniu o szewcu...?

niedziela, 03 stycznia 2010

ostatnie święta spędziłam z siostrą w rzymie. wiadomo - piękna architektura, otwarci ludzie, cudowna kuchnia... ale chyba długo nie umiałabym tam zabawić. być może dają tu znać moje skandynawskie korzenie - południowy temperament na co dzień chyba by mi nie pasował. poniżej fotorelacja z tego krótkiego, acz obfitującego we wrażenia wyjazdu:

a oto i nasza choinka, tym razem nie w kącie salonu a na piazza venezia. do tego pilnie strzeżona przez karabinierów (na szczeście nie odstraszyli mikołaja)

 

wszystkie drogi prowadzą do rzymu. a w rzymie do fontanny di trevi... gdziekolwiek szłyśmy, zawsze trafiałyśmy tu. moja niespotykana u kobiet orientacja w terenie we włoskich labiryntach uliczek nie dawała rady...

 

skuter to świetny sposób na poruszanie się po rzymie, szczególnie, że by go wypożyczyć nie trzeba mieć prawa jazdy. jak się patrzy, jak jeżdżą włosi to trudno uwierzyć, że ktokolwiek z nich takowe posiada!

 

...ale nie polecam parkować nad tybrem!

 

już lepiej na pasach dla pieszych, którzy przyzwyczajeni do zwyczajów lokalnych kierowców, potulnie obejdą pojazd, nie zasrawszy go.

 

ale że nawet na pasach bywa ciężko o miejsce postojowe, świetnym rozwiązaniem jest smart. a tych na ulicach rzymu nie brakuje! tu w wersji basic.

 

znaleźć koloseum jest bardzo prosto, widać je z wielu punktów centrum. ale znaleźć wyjście z koloseum... na jowisza, żadnego zabytku nie zwiedziłam tak dokładnie, jak najsłynniejszego amfiteatru świata!

dwa takie same kościoły obok siebie? podobne, ale nie identyczne. to tylko złudzenie dzięki identycznym rozmiarom kopuł.

 

akcent polski - drzwi do kościoła s. maria del popolo zaprojektoał mitoraj.

 

forum romanum - tu narodziła się rzymska cywilizacja. ciekawe, czy po naszej zostaną choćby ruiny?

piramida gajusza cestiusza. faraona? nie, kochani, za czasów augusta każdy obywatel mógł mieć takie mauzoleum.

 

wieczór nad tybrem. w oddali widać bazylikę św. piotra w watykanie, największą chrześcijańską świątynię świata, która liczy sobie 211 m długości (jak to skomentował mój tata - o rany, dwa boiska piłkarskie!).

 

ale ile można łazić! czasem trzeba coś zjeść. tu każdy znajdzie ristorante dla siebie... a nawet... swoją!

 

ciekawe, czy pracownicy tej instytucji uważają "ojca chrzestnego" za kultowy film?

 

znajdź różnicę! wystawa antycznych rzeź w... elektrociepłowni.

uwaga zagatka: to posągi męskie czy żeńskie?

 

willa d'este w tivoli (21 km od rzymu) i jej koci lokatorzy

wtorek, 17 listopada 2009

no i zaczęła się przedświąteczna gorączka. i oczywiście - tak, jak co roku w wigilię będzie w tv "kevin sam w domu" - tak w mediach będzie pełno sensacji. co kupić, gdzie kupić, a jak w internecie, to kiedy, żeby poczta to dostarczyła w terminie itd. już widzę copy-paste ubiegłorocznych artykułów. no ale w sumie, co tu można wymyślić, jak co roku są te same święta? w tym roku o tyle dobrze, że można dorzucić perspektywę kryzysu: czy polacy z powodu dekoniunktury zacisną pasa?

dziś rano w radiu była dyskusja, czy to, że w handlu sezon świąteczny zaczyna się na dzień po zaduszkach nie zabija tegoż wydarzenia? te ozdóbki, lampki, promocje prezentowe na prawie 2 m-ce przed gwiazdką - czy to nie jest trochę na siłę? jak chodziłam do szkoły to mnie wkurzało, że w połowie wakacji pojawiały się hasła "witaj szkoło". bo przypominały o czymś przykrym. ale kampanie świąteczne mają przecież w sobie dużo pozytywnej energii... a im wcześniej się zacznie, tym więcej się sprzeda, wie to każdy spec od marketingu. szczególnie ci z coca coli, którzy rokrocznie ogłaszają święta (jako pierwsi emitując w tv reklamę "coraz bliżej święta").

owszem, to śmieszne, a nawet irytujące, ale jeszcze bardziej irytujące jest sztuczne rozdmuchiwanie tematu... przecież tu działa czysta ekonomia! sklepy stosują ten sam mechanizm co np. biura podróży. a jakoś nikt sie nie czepia, że już teraz można kupić wycieczkę na lato 2010...

środa, 26 grudnia 2007

nareszcie po świętach. należę do tego rodzaju ludzkiego, który dwa razy do roku - na b.n. i wielkanoc - ma ochotę zniknąć z powierzchni ziemi. zbyt wiele tego muszę, trzeba, wypada. wszystkiego za dużo. w tym roku do listy zbytków dopisuję jeszcze komedie romantyczne.

nadrobiłyśmy z natalią zaległości z dwóch lat, oglądając film za filmem... zaczęłyśmy od wyprawy do kina i "smaków miłości" (nawet niezłe i są momenty!), a potem 3-dniowy maraton na kanapie. przebierałyśmy trochę, żeby nie nabawić się cukrzycy. dla zachowania zdrowia psychicznego włączyłyśmy też "niewidocznych" (o nielegalnym handlu organami), ale nawet tu w centrum zainteresowania było ludzkie serce i nie obyło się bez: kocham cię / ja ciebie też.

natalia jest wytrwalsza - gdy siedzę nad klawiaturą, ona ogląda "dlaczego nie". ja już dziękuję. może, bidna, ma jeszcze nadzieję, że w życiu jest czasem jak w takim filmie. ech, o ile prościej by było... weźmy np. dylemat mężczyzny, którą kobietę wybrać. na ekranie odpowiedź jest zazwyczaj banalna. prawdziwą miłość zawsze gra ładniejsza aktorka. a jeśli reżyser zdobył się na odejście do schematu, to i tak wiadomo, że serce bohatera należy do tej, której nazwisko jest pierwsze na plakacie.

a życie to nie film (i dobrze, bo po co mielibyśmy chodzić do kina?). a już na pewno moje święta nie przypominają filmów... no chyba, że tarantino! odkrywam w sobie wówczas urodzonego mordercę...

niedziela, 23 grudnia 2007

ekscytujących świąt! niekoniecznie przed szklanym ekranem.

 

i pamiętajcie: mikołaj może być fałszywy, byle prezent był prawdziwy!!!

Tagi: święta
01:08, tiferet
Link Dodaj komentarz »
sobota, 22 grudnia 2007

moja lista świątecznych przebojów okazała się takim hitem, że dzwonią do mnie ze wszystkich stacji radiowych, żebym podrzuciła jeszcze kilka propozycji. to tym razem zagramy troszkę mniej "klasycznie". mam nadzieję, że fani britney spears mnie nie zaszlachtują...

podczas driving home for christmas, gdy droga długa, oczka się zamykają i stoimy którąś godzinę w korku, koniecznie coś na pobudkę od the darkness:

 

 

i młodziutki elton john:

 

 

a teraz kurtis blow i "christmas rappin'":

 

zdaje się, że jedyną alternatywą dla "last christmas" wham! jest w tym roku britney spears i "santa, can you hear me". pierwszą piosenkę lubię (sic!), choć do przesady piłują ją wszystkie stacje radiowe. może więcej osób by ją na nowo polubiło, gdyby dokładnie wsłuchali się w jej tekst... to nie jest wcale taka grzeczniusia pioseneczka, na jaką wskazywałby teledysk (no to macie zagatkę na święta!). a co do spearsówny, to widziałam na youtubie taki erotyczny teledysk do tego kawałka, więc pierwsze wrażenie przeważyło na plus (zabijecie mnie, nie mogę go ponownie zlokalizować!!!)...

tym, którzy mają już dość osłuchanych, wymuskanych hitów, proponuję dzielić się opłatkiem przy bono:

(zamieszczam wraz z pozdrowieniami dla titoka!!!)

albo billym idolu (o mamo... im starszy, tym bardziej seksowny!!!):

ale numerem jeden i tak pozostaje piosenka z soundtracku do "to właśnie miłość" w wykonaniu billy'ego nighy

 
to było pod śledzika. na główne danie polecam zabawy świąteczne z bon jovi:
 
 
a pod makowca stare, poczciwe slade:
 
wtorek, 11 grudnia 2007

wchodzę rano do pracy. w recepcji zamiast stolika i dwóch krzesełek dla gości stoi na wpół ubrana choinka.

ja: o, choinka! i teraz co rano będą pod nią leżały prezenty, tak? to może przestanę się spóźniać...

kolega: prezenty? wymówienia.

ja: cofam.

nawet nie chcę wiedzieć, jaką metodą zostanie uśmiercony karp na pracową wigilię.