zapiski na styku obserwacji i prowokacji, cynizmu i liryzmu, blagi i powagi
Wpisy otagowane „afisze i neony”
jeśli chodzi o noc reklamożerców, to polecam zostać fanem ich fanpage'a i zajrzeć tam dzień po imprezie. wszystkie smakowite kąski fani wrzucą sami. nie powiem - pokazanych zostało kilka majstersztyków, ale dla zapełnienia czasu (bo nie wiem, jaki mógł być inny powód) i sporo badziewia... takich niby śmiechowych, a tak naprawdę obleśnych spotów. szczególnie o 2-3 w nocy człowiek staje się krytyczny... jeśli noc reklamożerców jest pokazem najlepszych reklam, to przed wami the best of the best:
mój typ to reklama, która kapitalnie podsumowuje kobiecą naturę:
Grzesiek docenił mężczyzn z talentem...
ja uwielbiam reklamy samochodów, szczególnie z fantazją zamiast peanów na temat osiągów silnika:
z odniesieniami do kultowych scen filmowych:
prosta i pomysłowa reklama arabskich wiadomości:
i fajne zaskoczenie od mc donald's
coś dla panów, czyli jak wygrać z czekoladą w oczach pań?
i na deser serek panda. nie chcecie deserku? nie radzę...
wszystko, co jest ci potrzebne można kupić przez internet. jeśli czegoś nie da się kupić przez internet - nie potrzebujesz tego.
tak sobie tłumaczę i trzeci tydzień zbieram się na shopping, bo przecież wiosna i trzeba odświeżyć garderobę...
no cóż, może ciężko w to uwierzyć, ale niektóre kobiety nie mają typowo babskich potrzeb (albo raczej zwyczajów, bo ciuchy to ja potrzebuję i lubię, nie lubię tylko ich kupować), za to mają kilka męskich...
ostatnio śniło mi sie czarne porsche.
gdy wstaję rano, w radiu budzi mnie żanet kaleta, która poleca mi płyn do higieny intymnej. na wypadek gdybym czuła się niekomfortowo po zbliżeniu z partnerem tudzież obtarłabym sobie to i owo stringami.
pałaszuję sałatkę w południe, słyszę jak pan w radiu zapewnia panią, że może zawsze i wszędzie i że z danym medykamentem erekcja gwarantowana.
wracam do domu autobusem, a z billboardów łypie na mnie jamnik i jego „twarde dowody” na jakość karmy. zdarza się jeszcze hydraulik, czyli specjalista od tyłu, i jego hemoroidy. cóż za wysmakowana gra słów!
doskonale wiem z lekcji biologii, że egzystencja sprowadza się do pochłaniania i wydalania, ale litości! czasem chcę się połudzić, że poza rozrodem i metabolizmem coś jeszcze ma znaczenie. nawet dla reklamodawców. i jeśli już ktoś zbija kasę na moich potrzebach fizjologicznych, to mógłby się trochę wysilić… zamiast niby figlarnych żartów (które dla mnie są po prostu prymitywne) wolałabym już aptekarski, nawet quasi-naukowy przekaz. ale nie w wykonaniu żanet kalety i jej opowieści o nieuświadomionych w kwestiach higieny młodych matkach i ich upławach. po wysłuchaniu takiego komunikatu każda kobieta czuje się jak idiotka i zaczyna wstydzić się tego, że nosi stringi. bo teraz pewnie każdy facet myśli, że jak nosi, to ma jakiś meksyk między nogami.
jak ktoś miewa tego rodzaju problemy, to na pewno załapie i nie trzeba mu pokazywać dupy hydraulika ani siermiężnie „oswajać” ze wstydliwa tematyką. bo poczucie humoru producenci tychże leków to mają… klocowate.
to sobie ulżyłam. i mam na to twarde dowody!
już mi się znudziło mówienie, że nie mamy budżetu na dane badanie, działanie reklamowe czy badziew zwiększający usability strony. postanowiłam zmienić strategię. teraz mówię, że dziękuję za ofertę, ale dopiero co zrobiliśmy takie badanie, właśnie zakończyliśmy podobny projekt itp. tak więc - zamiast mnie przekonywać przez kwadrans, że warto wywalić kilkanaście tysięcy na jakąś raczej gadżeciarską niż funkcjonalną aplikację czy badanko-sranko - rozmowa kończy się po 15 sekundach na mojej zgodzie na wysłanie oferty mailem, którą bez czytania wywalam do kosza. jestem chyba zakałą telemarketerów...
ale wiecie co. zazwyczaj sami nie wiedzą, co sprzedają. przy drugim-trzecim pytaniu odpadają. wystarczy zapytać, jak mierzą skuteczność, jakie mają zabezpieczenia itp. ale już przestało mi sprawiać satysfakcję podcinanie im skrzydeł. choć okropnie irytuje mnie pierwsze zdanie, które pada zaraz po przedstawieniu się (co to za nowa maniera?): nie dzwonię, żeby pani coś sprzedać. nie, skądże. dzwoni pan/pani z pytaniem, jaki mamy numer konta, bo chcieliby państwo przelać nam od razu kasę, którą zarobimy w wyniku zastosowania proponowanej usługi, której absolutnie nie musimy kupować. bełkot.
ale odpuszczam. z moją nową strategią wszystkim jest milej. im, bo nie mają poczucia porażki, mnie, bo utrzymuję się w przekonaniu, że jestem sympatyczną osobą.
ostati dzień przed urlopem w pracy jest zawsze dość intensywny, bo wszystkim się nagle przypomina, że coś od ciebie chcieli. tak też i jest dzisiaj, jako że jutro podwijam kiecę i lecę daleko stąd. niemniej jest to też dość zabawny dzień, w związku z tym, że od wczoraj naczelnym tematem są tabletki na powiększanie biustu.
miałam ze słów kluczy wymyślić copy. napisałam: 300 000 zadowolonych Klientek = 600 000 większych piersi.
nasi graficy, szparując namiętnie zdjęcia kobiecych piersi, podrzucili alternatywne hasło: nie masz? to już masz... a jak masz, to przyjdź pokaż.
oczywiście żadne z tych dwóch nie przeszło.
heh... właściwie, to dzień jak codzień.
to niesamowite, jaką siłę rażenia ma product placement. natka kupiła niedawno w szkolnym sklepiku dr peppera. napój tyleż znany z amerykańskich filmów, co trudno dostępny w polsce. i chociaż można go kupić w niewielu miejscach (lokalizacje te są bardzo poszukiwaną informacją na wielu forach dyskusyjnych) i niewielu zna ten słodki smak, to większość jak sądzę i tak błyskawicznie rozpoznaje logo. przynajmniej większość kinomanów. dr pepper to bohater wielu filmów z lat 70. i 80. (nawet "powrotu godzilli", a z nowszych: "cast away" i "spider-man"), ale nade wszystko "forrest gump" - dlatego mam do niego słabość.
dla tych, co nie mieli w ustach tegoż benzoesanowo-sodowego wynalazku opisuję wrażenia smakowe: karmelowo-jakiś, podobny do coli, ale bardziej landrynkowy. anżykowy? mocno perfumowany. ponoć ma mniej cukru niż pepsi, ale dla mnie to ulepek. dobry, ale naprawdę ulepek! może bliżej mu do cherry coke? trudno go doprawdy opisać, ale bardzo charakterystyczny.
co ciekawe w różnych krajach, różne - konkurencyjne! - firmy mają prawa do produkcji i/lub dystrybucji napoju. marka należy do cadbury schwepps, ale licencję na jej wykorzystywanie miewają i coca cola, i pepsi. ciekawe czemu, mimo iż dr pepper produkowany jest w polsce w michrowie, praktycznie nie można go znaleźć na sklepowych półkach? fora donoszą, że w warszawie jest dostępny w sklepikach na niektórych stacjach metra i w hali marymonckiej, a w polsce np. w sieci careffour, ale też nie wszędzie.
szkoda, bo to mocny brand. przebiłby się do czołówki przy dobrej reklamie i rolach w polskich komediach romantycznych. marketing szeptany już ma rozwinięty. co jakiś czas pojawiają się spekulacje, że napój wejdzie na nasz rynek i pobije konkurencję mocą równą legendarnemu sloganowi w usa: be a pepper. hmmm... czyżby napój dla niegrzecznych dziewczynek?
(fot. by nat)
- kino offowe:
pomysłodawcy częściowo nadrabiają w inny sposób. nowatorskim pomysłem jest wprowadzenie elementu interaktywnego do całej kampanii. wchodząc na stronę www.21pazdziernika.pl, można zaprojektować własny, prosty banner tekstowy (w tej chwili jest ich już kilkanaście tysięcy). niektóre są banalne, wiele subiektywnych, wręcz agresywnych, nie brakuje absurdalnych czy podważających wysiłek twórców akcji. jeśli jednak cała zabawa aktywizuje tak, jak wciąga, to chwała pomysłodawcom. parę ciekawszych przykładów haseł internautów (pisownia oryginalna):
ZAGŁOSUJĘ BO...
- ghjghj
- do urny jest bliżej niż do biura pośrednictwa pracy w Londynie
- bedzie to mój pierwszy raz
- nie idąc, głosujesz na PiS!
- paszport zaczyna mi sie otwierac w kieszeni
- kocham moją Anię