zapiski na styku obserwacji i prowokacji, cynizmu i liryzmu, blagi i powagi
Wpisy otagowane „cialdini w praktyce”
od jednego coacha, czyli takiego moderatora postaw, usłyszałam, że inteligencja jest pochodną lenistwa. ludzie inteligentni wymyślają świetne rozwiązania, bo obecne są zbyt skomplikowane lub pracochłonne. bo istnieje właśnie taki typ lenistwa, który nam służy.
co, jeśli robię to, co trzeba szybko i sprawnie, żeby potem... nic nie robić? czy koniecznie trzeba coś robić? jaka jest najtrudniejsza rubryka do wypełnienia w cv? zainteresowania! trzeba coś wpisać, żebym nie wyglądał na nudziarza, co funkcjonuje tylko w trybach dom i praca. i większość osób wpisuje... film, bo ogląda czasem kocham kino, a zdarzy się i do imaxu pójść. albo fotografię, bo niedawno kupowali apart, to poczytali trochę opinii na forach. albo nlp bo mieli coś na ten temat na studiach i było ciekawe.
czy musowo trzeba mieć hobby, pasje, jakiś talent, który się rozwija po godzinach? czy to nie mania efektywności!? to w robocie głównie liczy się wynik, ale w domu atmosfera, a w moim czasie... moja przyjemność. i to jest właśnie kolejna pozytywna strona lenistwa. obok stymulowania zmiany - odpoczynek. który zresztą też potrafi stymulować zmiany. genialne, nie? człowiek myślący po prostu nie będzie się jałowo nudził, choćby chciał.
zauważyliście, kiedy przychodzą najlepsze pomysły do głowy? kiedy się siedzi w wychodku, nieprzypadkowo zwanym też świątynią dumania. albo też tuż przed snem, kiedy mózg zwalnia obroty i zamiast przetwarzać i analizować, zaczyna fantazjować.
lenistwo nie musi oznaczać przecież ogłupiającej rozlazłości przed telewizorem. można np. pisać bloga. ogłupia najwyżej czytających, piszącego nie (wyjątkiem jest kasia t.) ;)

on: i co w końcu wpisałaś w cv?
ona: że lubię wędkować, sushi i decoupage.
on: przecież na rybach ostatni raz byłaś z ojcem w przedszkolu, sushi zawsze zamawiamy przez telefon, a z tej książki co dałem ci na gwiazdkę o decoupage'u to chyba tylko tył okładki przeczytałaś.
ona: to co miałam wpisać? że lubię się z tobą miziać nad stawem?
on: no prędzej, tylko nazwać to: rekreacja, outdoor i komunikacja interpersonalna
znalazłam nowy sposób na szybkie zakończenie rozmów w stylu - czy jest pani zainteresowana naszym doradztwem finansowym? mówię: nie, dziękuję, mój mąż jest doradcą finansowym. nieźle zbija z tropu!
można też poczekać, aż dzwoniący wyprztyka się z argumentów. kiedy namawia cię na pożyczkę lub kredyt, na podsuwane porpozycje niezmiennie, jednostaje odpowiadasz: nie, nie myślę o nowym mieszkaniu / domu / samochodzie / wycieczce. kiedy w końcu słyszysz: ale na pewno ma pani jakieś niezrealizowane marzenie!, mówisz: właśnie ostatnie zrealizowałam, troszkę się pan spóźnił.
tyle że pierwsza metoda jest szybsza, druga raczej na takie dni, kiedy mamy ochotę się poznęcać.

słucham? czy potrzebuję pożyczki? nie, dziękuję, potrzebuję służby. nie chciałaby pani zmienić pracy na lepszą?
no i zaczęła się przedświąteczna gorączka. i oczywiście - tak, jak co roku w wigilię będzie w tv "kevin sam w domu" - tak w mediach będzie pełno sensacji. co kupić, gdzie kupić, a jak w internecie, to kiedy, żeby poczta to dostarczyła w terminie itd. już widzę copy-paste ubiegłorocznych artykułów. no ale w sumie, co tu można wymyślić, jak co roku są te same święta? w tym roku o tyle dobrze, że można dorzucić perspektywę kryzysu: czy polacy z powodu dekoniunktury zacisną pasa?
dziś rano w radiu była dyskusja, czy to, że w handlu sezon świąteczny zaczyna się na dzień po zaduszkach nie zabija tegoż wydarzenia? te ozdóbki, lampki, promocje prezentowe na prawie 2 m-ce przed gwiazdką - czy to nie jest trochę na siłę? jak chodziłam do szkoły to mnie wkurzało, że w połowie wakacji pojawiały się hasła "witaj szkoło". bo przypominały o czymś przykrym. ale kampanie świąteczne mają przecież w sobie dużo pozytywnej energii... a im wcześniej się zacznie, tym więcej się sprzeda, wie to każdy spec od marketingu. szczególnie ci z coca coli, którzy rokrocznie ogłaszają święta (jako pierwsi emitując w tv reklamę "coraz bliżej święta").
owszem, to śmieszne, a nawet irytujące, ale jeszcze bardziej irytujące jest sztuczne rozdmuchiwanie tematu... przecież tu działa czysta ekonomia! sklepy stosują ten sam mechanizm co np. biura podróży. a jakoś nikt sie nie czepia, że już teraz można kupić wycieczkę na lato 2010...
jednym z moich nowych obowiązków w pracy jest ćwierkanie. po polsku blipowanie. na polecenie służbowe założyłam profile mojej firmie na mikroblogach – amerykańskim twitterze i polskim blipie. i teraz, świątek-piątek, muszę informować społeczność tych serwisów, co u nas się dzieje. przyznam, że zastanawia mnie fenomen tej mikrokomunikacji, zwanej też nową erą dziennikarstwa, o której ciekawie pisze ostatni marketing&more. a o fenomenie można mówić, skoro twitter notuje tysiąc aktualizacji na minutę. w mig możesz wiedzieć, co kto jadł na śniadanie i jakiego ma głupiego szefa. zamiast stress balla, wchodzisz na swój profil i wylewasz żale, frustracje. 140 znaków wystarczy też na radosne informacje, że właśnie naprawiłeś kran, albo zaraz w tv będzie twój ulubiony serial. obserwują cię setki userów, ty obserwujesz ich i już nie jesteś taki samotny w świecie. wiadomo, kto nie istnieje w sieci, ten w ogóle nie istnieje. odpowiedni szablon, charakterystyka na 160 znaków, stylizowane zdjęcie i już masz brand new & fresh identity.
rozmaite firmy i media wykorzystują serwisy jak narzędzia marketingowe, a aspirujący do zawodu dziennikarza właściciele 3 blogów, profilu na myspace, facebooku itp. dzielą się z anonimowymi „followerowcami” swoją radosna twórczością. cóż, internet to gigantyczny śmietnik, tysiące słów, puste umysły jak to kiedyś zgrabnie ujął kalashnikov. ale oczywiście jak na każdym śmietniku i tu można znaleźć perełki.
znawcy tematu w pewnym momencie prognozowali upadek twittera i jemu podobnych serwisów, przyszłość należeć miała ich zdaniem do nanoblogów, jak czytam w m&m. 140 znaków to za dużo, wystarczy przecież 26, by świat wiedział, że istniejesz. to był żart primaaprillisowy, ale świetnie oddaje specyfikę naszych e-czasów.
ja już chyba odpadam. ostatnio nawet nie chce mi się opisów na gg ustawiać. po kilka dni nawet go nie włączam. na gronie to samo. facebooka zaniedbałam, jak mi wyszło w teście „jakim jesteś butem?”, że japonkiem. płaska, uwiera miedzy palcami i szybko się rozkleja? zero identyfikacji. skąd to odcyfryzowanie? proste. pochłaniają mnie analogowe uczucia.
ech, dobrze, że jednak mam bloga i mogę wam o tym wszystkim opowiedzieć, he he.
***
tak mi zabrzmiał w głowie kawałek red hotów:
can't stop the gods from engineering
feel no need for any interfering
your image in the dictionary
this life is more than ordinary
***

[pamiętaj, żeby opisywać na twitterze wszystko, co robisz, gdy jesteś sama w domu. tylko bez wymówek! tatuś codziennie będzie sprawdzał twój profil i jak nie zobaczy żadnego wpisu, dostaniesz szlaban na zlotowlosybrzdac.com]
e: szef mi wysłał jakiegoś maila dziwnego w outlooku... co to jest task?
ja: to jest zadanie do wykonania.
e: a jak mam się dowiedzieć, co w nim jest?
ja: musisz je zaakceptować, a wtedy się dowiesz.
e: sprytne.
[5 min później]
e do m: co dajemy do mailingu walentynkowego?
m: może zestaw czekoladowy?
e: ma dobrą cenę - 39 zł. albo zestaw truskawkowy, przeceniony z 99 na 69 zł.
ja: weź truskawkowy. ma lepszą cenę.
e: czekoladowy też ma dobrą.
ja: 69 to lepsza cena na walentynki.
[chwila ciszy...]
m: ano tak. w klimacie!
[30 min później]
ja do p: wiesz co, jest 14 a ja jeszcze nie byłam siku! taka jestem zarobiona...
p: ja mam inną teorię. jak się pije w weekend, organizm jest odwodniony i...
ja: oj wypraszam sobie! wczoraj nie piłam.
p: widać to jeszcze z soboty...
ja: no wiesz... to aż tak nieprawdopodobne, że mam duzo pracy?
p: mniej prawdopodobne niż to, że balowałaś cały weekend...
idą dwa koty przez pustynię. idą, idą... w końcu jeden mówi do drugiego: k***, nie ogarniam tej kuwety!
mój task na ten tydzień: jakoś ogarnąć tę kuwetę. bo nie dożyję 69... lat!
ostati dzień przed urlopem w pracy jest zawsze dość intensywny, bo wszystkim się nagle przypomina, że coś od ciebie chcieli. tak też i jest dzisiaj, jako że jutro podwijam kiecę i lecę daleko stąd. niemniej jest to też dość zabawny dzień, w związku z tym, że od wczoraj naczelnym tematem są tabletki na powiększanie biustu.
miałam ze słów kluczy wymyślić copy. napisałam: 300 000 zadowolonych Klientek = 600 000 większych piersi.
nasi graficy, szparując namiętnie zdjęcia kobiecych piersi, podrzucili alternatywne hasło: nie masz? to już masz... a jak masz, to przyjdź pokaż.
oczywiście żadne z tych dwóch nie przeszło.
heh... właściwie, to dzień jak codzień.
to niesamowite, jaką siłę rażenia ma product placement. natka kupiła niedawno w szkolnym sklepiku dr peppera. napój tyleż znany z amerykańskich filmów, co trudno dostępny w polsce. i chociaż można go kupić w niewielu miejscach (lokalizacje te są bardzo poszukiwaną informacją na wielu forach dyskusyjnych) i niewielu zna ten słodki smak, to większość jak sądzę i tak błyskawicznie rozpoznaje logo. przynajmniej większość kinomanów. dr pepper to bohater wielu filmów z lat 70. i 80. (nawet "powrotu godzilli", a z nowszych: "cast away" i "spider-man"), ale nade wszystko "forrest gump" - dlatego mam do niego słabość.
dla tych, co nie mieli w ustach tegoż benzoesanowo-sodowego wynalazku opisuję wrażenia smakowe: karmelowo-jakiś, podobny do coli, ale bardziej landrynkowy. anżykowy? mocno perfumowany. ponoć ma mniej cukru niż pepsi, ale dla mnie to ulepek. dobry, ale naprawdę ulepek! może bliżej mu do cherry coke? trudno go doprawdy opisać, ale bardzo charakterystyczny.
co ciekawe w różnych krajach, różne - konkurencyjne! - firmy mają prawa do produkcji i/lub dystrybucji napoju. marka należy do cadbury schwepps, ale licencję na jej wykorzystywanie miewają i coca cola, i pepsi. ciekawe czemu, mimo iż dr pepper produkowany jest w polsce w michrowie, praktycznie nie można go znaleźć na sklepowych półkach? fora donoszą, że w warszawie jest dostępny w sklepikach na niektórych stacjach metra i w hali marymonckiej, a w polsce np. w sieci careffour, ale też nie wszędzie.
szkoda, bo to mocny brand. przebiłby się do czołówki przy dobrej reklamie i rolach w polskich komediach romantycznych. marketing szeptany już ma rozwinięty. co jakiś czas pojawiają się spekulacje, że napój wejdzie na nasz rynek i pobije konkurencję mocą równą legendarnemu sloganowi w usa: be a pepper. hmmm... czyżby napój dla niegrzecznych dziewczynek?
(fot. by nat)