na styku

zapiski na styku obserwacji i prowokacji, cynizmu i liryzmu, blagi i powagi

Wpisy otagowane „zdróweczko”

  • środa, 18 maja 2011
    • back (to) school

      gdy zdałam maturę, cieszyłam się, jak dziecko - nigdy więcej szkoły! wreszcie na studia, koniec z tą edukacyjną kpiną. każdy, kto skończył studia (szczególnie humanistyczne) doskonale wie, o czym mówię. minęło jednak kilka lat i znów wysyłają mnie do szkoły! tym razem do... szkoły pleców!

      a tak. właśnie mój szkielet osiowy odmówił współpracy. w skrócie wygląda to tak, że kiedy ja chcę usiąść, on woli stać, gdy ja chcę wstać, on by jeszcze posiedział. każdy sprzeciw oczywiście sygnalizuje ostrym bólem w okolicy krzyżowo-lędźwiowej i dla utrzymania mnie w ciągłej czujności, serwuje mi co rano pobudki przed godziną 6. w ramach stłamszenia buntu, dostałam serie zabiegów i skierowanie do szkoły pleców. z tradycyjną szkołą ma to wspólnego, że też wymagają zmiany butów i robią klasówki! a różni ją to, że wyniesiona wiedza jest pioruńsko praktyczna.

      jeszcze tylko 3 tygodnie... czy to normalne cieszyć się na myśl o rozpoczęciu roku szkolnego?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „back (to) school”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      tiferet
      Czas publikacji:
      środa, 18 maja 2011 23:09
  • wtorek, 28 września 2010
    • chory? forwarduj to!

      znowu jestem chora. no może nie znowu, skoro ostatni raz byłam w lutym? w każdym razie ponownie postanowiłam nie udawać zdrowej, kichając skrycie pod biurkiem, tylko poddać się wyrokowi medyka. brzmiał: przeziębienie i 4 dni zwolnienia. ja myślę, że to głównie przemęczenie, więc to zwolnienie spadło mi jak z nieba... drugi dzień śpię. śpię w nocy, śpię w dzień. cudownie!

      a co robię, gdy nie śpię? bawię się w forward managera. mój ex-szef był w tym niedoścignionym wzorem, ja jestem zaledwie juniorem. sprawdzam firmową skrzynkę i przesyłam dalej maile, które do mnie przyszły: tym zajmie sie dział x, tym dział y, to może poczekać, a to podeślemy na recepcję, z kolei to do działu obsługi klienta. rozdzielam maile wg naturalnych funkcji działów, nie żebym komuś wciskała coś, z czym nie ma nic do czynienia. genialne powiem wam. to dowód na to, że w dzisiejszych czasach można wykonywać swoją pracę całkowicie zdalnie i bezpośredni kontakt nie jest niezbędny [swoją drogą to niesamowite, ile deali już zrobiłam tylko poprzez e-maile, nawet nie widząc na oczy kontrahenta!]. ale ww. przedrostek "ex" ostrzega, że do czasu. w moim przypadku to tylko tydzień zwolnienia, więc mam nadzieję, że nie zdążę wszystkich wkurzyć!

      mam też czas pouczyć się do egzaminu na prawo jazdy - odświeżyć teorię i nastawić się psychicznie na praktykę. dwie zaprzyjaźnione współkursantki w ostatnich dniach oblały, a że na kursie byłam nieco w tyle za nimi, to nie nastawiam się na... na nic.

      jedno jest pewne - pójdę na ten egzamin baaardzo wyspana!

       

      [jak wszystko, tak i przeziębienie ma niestety swoje słabe strony...]

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „chory? forwarduj to!”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      tiferet
      Czas publikacji:
      wtorek, 28 września 2010 17:25
  • wtorek, 09 lutego 2010
    • pan kotek był chory...

      i nie leżał w łóżeczku, czyli jak choruje agata.

      otóż wczoraj udałam się do lekarza, bo z każdą godziną w pracy moje siły opadały i czułam, że zaraz mnie coś weźmie. rzadko w takim stanie korzystam z pomocy lekarzy, zazwyczaj nabywam baterię leków w aptece i po tygodniu jest po wszystkim. wczoraj jednak postanowiłam nie zgrywać bohaterki i posłusznie poddać się wyrokowi współczesnej diagnostyki. wyrok - antybiotyk na 3 dni i l4 do końca tygodnia. komentarz grzesia - który ten wpis poświadcza - pewnie znów się blog ożywi.

      ja i l4? a co się wtedy robi? jak to nic? to straszne! niestraszne tylko to, że się wyspać można. tak więc jak się wyspałam, zadzwoniłam do huty, że mnie nie będzie i mogą moje tłustoczwartkowe pączki rozdzielić między sobą. potem odpaliłam pocztę firmową (a jakby inaczej), przydzieliłam zadania, dodając, że w terminarzu projektu nic się nie zmienia mimo mojej nieobecności (chcieliby!). następnie wstawiłam pralkę, pozymywałam gary z trzech dni, zrobiłam sałatkę dla grzesia, jak przyjdzie mnie odwiedzić w chorobie. kolejną rzeczą było danie znajomym znać, że jestem na chorobowym i jakby kto chciał z rosołem wpaść, to zapraszam.

      po półtorej godziny krzątania sie po domu, uznałam, że trzeba by poleżeć. zawsze mówią - połóż się, będzie ci lepiej. ale to nie działa. jak się kładę to zaraz mi gorzej.

      i co gorsza jeść mi się ciągle chce. czyli taka umierająca nie jestem, skoro mam apetyt. tylko, żebym się nie zamieniła w tłustoczwartowego pączka przez to siedzenie w domu. już złożyłam zamówienie na skrzynię owoców, bo ta niedokończona nutella w szafce mnie strasznie kusi... jak za dzieciństwa, mam ochotę wyjeśc ją łyżeczką (oczywiście jak byłam mała nie było nutelli, była taka czekolada w słoiku z wiewiórką... pycha!)

      a jeszcze a propos jedzenia, to chciałam się przyznać, że ostatnio znów mnie coś podkusiło na wypieki. stwierdzam, że nie mam do tego talentu... może mi nie wychodzi, bo rzadko robię takie rzeczy, a może rzadko robię, bo mi właśnie nie wychodzi. mama twierdzi, że jak na debiutantkę biorę się za zbyt trudne przepisy. może tak... biorę się za to, co sama lubię jeść po prostu. i tak - rok temu porwałam się na rożki makowe, pół roku temu na tartę owocową, a w ostatni czwartek na muffiny. wszystko było zjadliwe, ale niezbyt wyględne i raczej bez orgazmu u kubków smakowych. moi degustatorzy nigdy nie narzekali, ale to chyba raczej żeby mi przykrości nie robić i nie zniechecać do dalszych prób. jak to mówią - do trzech razy sztuka, za czwartym, się udaje. ale to może za pół roku, jak mi przejdzie gorycz po niezachwycających muffinkach.

      zdecydowanie lepiej idą mi włoskie antipasti, makarony, wszelkie sałatki, quiche, strogonow, placki po węgiersku itp. chociaż grześ wszystko zawsze dosala i dopieprza. cóż, to chyba kwestia kuchni mamy. zawsze lubimy te smaki, które wynosimy z domu. bo jak wytłumaczyć to, że dzieci zawsze chwalą to, jak gotuje mama, a mężowie niekoniecznie? ja mam to po mamie, że przypraw używam umiarkowanie. i założę się, że nasze dzieci by nie dosalały ani nie dopieprzały moich potraw. ale co tam, póki nie doprawia wspólnej michy, to niech sobie nawet grubo cayennuje i tabascuje wszystko.

      tak czy siak mam większa motywację do zrobienia kaczki z żurawiną, którą grzesiek jadł na jakimś bankiecie i ciągle mi o niej - niby przypadkiem - wspomina, niżli kolejnego deseru.

      a propos deseru, a może skończyć tę nutellę? nie będzie dłużej kusiła!?

      [wszystkie dzieci wiedzą to, co powiedział kiedyś oscar wilde - że jedyny sposób na pozbycie się pokusy, to ulec jej. oczywiście dzieci to wiedzą naturalnie, raczej nie czytują jeszcze wilde'a ;)]

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      tiferet
      Czas publikacji:
      wtorek, 09 lutego 2010 11:58
  • czwartek, 12 lutego 2009
    • moje maleństwo ma 6 cm

      nie, nie, spokojnie, nie jestem w ciąży. brzemienna, ale w skutki okazała się jazda na łyżwach. wyszły na jaw wady wrodzone rzepki bocznej w prawym kolanie, a pod kolanem zrobiła mi się torbiel tytułowego rozmiaru. no i tak, widać co pewien czas muszę mieć jakiś temat na ortopedyczną opowieść w odcinkach (vide skręcona kostka anno domini 2007).

      lekarka powiedziała, kierując mnie na usg, że mam skurcz mięśni udowych (ciekawe, bo raczej rzadko sie spinam) i muszę je wyćwiczyć. nie ma mnie sensu ciąć, bo to i tak wróci (uff). trzeba rozciągnąć mięśnie. gdybym była staruszką - dodała, to by mnie cięła, bo już by nie zdążyła mi druga wyrosnąć.

      dzisiaj lekarz na usg zdziwił się, że przy takich rzepkach nie bolą mnie kolana... potem spojrzał na rok urodzenia i mówi - no tak, jeszcze będą panią bolały, na starość. z zaleceń, to kazał mieć nogę jak najczęściej wyprostowaną. mówię - chyba zacznę trzymać nogi na biurku w pracy. a on na to - trzeba szybko awansować!

      kurcze, coraz mniej opłaca mi się dożywać lat schyłkowych mego żywota... chyba, że awansuję i będę tylko leżeć i pachnieć na czerwonej skórzanej kanapie w swoim gabinecie z widokiem na złote tarasy (a co!)!

      za dwa tygodnie kolejna wizyta u ortopedy, więc c.d.n.

      [luksus? nie, od dziś taka pozycja jest obligatoryjna!]

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      tiferet
      Czas publikacji:
      czwartek, 12 lutego 2009 21:06
  • środa, 31 października 2007
    • pourazowa wspólnota. między egoizmem a empatią

      nieszczęscia niesamowicie zbliżają ludzi. o ile nikt z obecnych nie jest ich sprawcą ma się rozumieć. nawet skręcenie kostki jest całkiem dobrą miarką ludzkiej wrażliwości. w ciągu jednego tygodnia w pracy wywnętrzniło się przede mną przynajmniej tuzin osób... wiele z nich dotąd znałam z widzenia albo grzecznościowego cześć na korytarzu. w prawdzie wszystkie spowiedzi dotyczyły stanu koścca, stawów tudzież wątłej kondycji ich najbliższych, do bardziej intymnych zwierzeń nie doszło, ale już to wystarczyło by zbudować specyficzną więź.

      ludzie powierzają ci swoje choroby z przeszłości, opowiadają, jak do tej pory mają nawroty i to spawia, że czują się tobie bliżsi. bo wiesz o nich coś więcej, bo wiesz coś bolesnego, a przecież mało kto lubi przyznawać sie do swoich słabości, szczególnie w miejscu pracy. rodzi się taki nienazwany układ, milczący pakt, swego rodzaju braterstwo. coś na kształt solidarności połączonej z empatią. i już uśmiechy sa nieco szersze, cześć nieco wylewniejsze. a może jestem naiwna? może w tej chwili jestem właśnie książkowym przykładem efektu polianny, czyli osobą, która zakłada, że świat z zasady jest dobry, a ludzie mają życzliwe intencje?

      być może to wszystko, to zwykła litość (choć w dziesiejszych czasach litość nie jest już tak powszednia, a z pewnością niewiele z niej wynika) albo właściwie taki egocentryzm en passant, niby od niechcenia. złagodzona w formie licytacja na blizny między weteranami wojny w korei. myślisz, że masz źle? ja to dopiero byłem w fatalnym stanie! albo jeszcze inaczej. ludzie patrzą na ciebie i myślą: uff, jak to dobrze, że mnie nic nie jest. nie wiem, co sobie myślą, pewnie ile osób, tyle wersji, ale są gdzieś punkty wspólne, które można opisać w opasłym podręczniku do psychologii. przeczytałam dwa w życiu, ale wówczas wiele opisywanych w nich problemów, w tym ten, nad którym teraz się rozwodzę, było dla mnie abstrakcją.

      może po prostu lubią mówić o sobie i widząc ciebie, ułomnego w jakikolwiek sposób, myślą, że ich własne przeżycia są choć na tyle ważne, że cię jakoś wzbogacą... a ty z pokorą wysłuchasz i nie będziesz się stawiał, bo i tak ledwo stoisz. 

      ja tam nie przepadam za opowiadaniem o swojej tymczasowej ułomności, co nie znaczy, że temat przemilczam. wolę oswajać siebie i innych przez żarty (efekt wyparcia - to akurat z podręcznika do psychologii pamiętam), przytaczać mniej lub bardziej zabawne anegdoty, których  bohaterką w obecnym położeniu się staję. a potem spisywać to wszystko na blogu...

      i tak oto naczlene pytanie tego wpisu powraca. jak myślisz, drogi czytelniku, piszę to wszystko, ponieważ mam za dużo wolnego czasu, próbuję budować więź z tobą czy to tylko mój egoizm?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      tiferet
      Czas publikacji:
      środa, 31 października 2007 00:05
  • poniedziałek, 29 października 2007
  • poniedziałek, 22 października 2007
    • jest nieźle

      wróciłam dziś do pracy. co prawda na trzech nogach, ale wróciłam. naturalną rzeczą jest, że po miesiącu nieobecności trzeba wszystkim opowiedzieć, jak to sie stało, że tak się stało. zaczęło się już w bramie. na półpiętrze zaczęłam się streszczać do dziękuję, nieźle. uznałam, że to najlepsza odpowiedź, co zresztą niebawem zostało przez opatrzność potwierdzone.

      no bo źle nie jest - żyję, jestem w miarę mobilna, raczej nie zidiociałam od nieróbstwa przez ten miesiąc (na całe 4 tygodnie obejrzałam w tv zaledwie: 5 minut "heli w opałach", 10 minut "you can dance", świetny film "życie ukryte w słowach" i jedną "przebojową noc"), a największa hołota nie weszła do sejmu. zbyt dobrze też nie - mam miesiąc wyjęty z życia zawodowego i kupę zaległości, obandażowaną, jeszcze spuchniętą kostkę, kilkadziesiąt schodków przed sobą i pare dodatkowych kilogramów od tego leżenia na kanapie, no a rano podali w wiadomościach, że do 2012 nie wybudują nowego centralnego. gdy w ciągu dnia, siedząc z lewą odnogą na stojącym na podłodze pececie (żeby jej krew do głowy nie uderzyła od wiszenia w dół,) pod gradem maili o temacie you need 15 minutes to be ready for action i stop wondering because now you really can make it big! (nie wiem, czego dotyczyły, bo nie dali żadnej infografiki, a nie chciało mi się dalej czytać) i milionem spraw (nie) do ogarnięcia, zrodziło się we mnie zwątpienie, koleżanka wyciągnęła mnie na mielonego i buraczki.

      ta krótka przerwa obiadowa odbudowała nieco mój nadszarpnięty optymizm. dokładniej dokonał tego tymbark - jest nieźle przekonywał kapsel (mówią, że odpowiednie nastawienie to połowa sukcesu). w dalszej części dnia nasłuchałam się od doświadczonych byłych pokręconych lub połamanych, co mi wolno, a czego nie, z czego wynika, że najlepiej to żebym latała w powietrzu. co ciekawe wiele osób pytało się mnie, czy schudłam? nie wiem, co ta kula ma w sobie, ale może zakrzywia jakoś czasoprzestrzeń i człowiek wydaje się smuklejszy? albo budzi litość w innych... nie, to pewnie te moje lansiarskie jeansy-rurki, które dostałam od mamy, żebym wreszcie wyglądała jak człowiek i harmonijnie wpisywała się w tłum na chmielnej (czasem mam wrażenie, że tylko dzięki niej jeszcze jestem zaliczana do homo sapiens i tolerowana w tym społeczeństwie) i wściekle czerwone korale odciągające wzrok od podbródka. tak więc wysłuchawszy kilku opowieści o dzieciach i babciach, które miały podobne urazy do mojego, załatwiłam najpilniejsze potrzeby (niekoniecznie fizjologiczne), rozpisałam gryplan na najbliższy tydzień i... wybił gong oznajmiający, że czas do domu.

      obecnie siedzę z nogami (obiema, a co, niech prawa też ma coś z życia, w końcu teraz robi za dwie!) w misce z ciepłą wodą i solą jodowo-bromową, co ponoć ułatwia rehabilitację, zapobiega reumatyzmowi i uspokaja (to fakt, mocząc nogi w misce ciężko niespokojnie kręcić się po domu). i mam nadzieję, że mi moje hapciątko nie wpadnie do wspomnianego roztworu, bo to byłoby dość porażające podsumowanie tego niezłego dnia...

      (takie dni i kapsle niestety też się zdarzają)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      tiferet
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 22 października 2007 19:59
  • środa, 17 października 2007
    • nie ma cincin bez stabilizatora

      och mój bloguniu kochany, dawno nie miałam tak emocjonującego dnia, jak dziś (nie licząc wesela sroni, ale to już raczej nie był dzień, a blogunio nie należy do kategorii 18+, więc niech cię skręca z ciekawości, ja nic nie powiem!). najpierw sklep dla połamańców... wielkie nieba, to jest genialny interes! ludu jak na otwarciu hipermarketu. chyba wszyscy w tym mieście są po jakimś wypadku.

      w sklepie owym nabyłam drogą kupna nowego, nieodłącznego przyjaciela... stabilizator stawu skokowego. ale nie byle jaki, tylko taki po wypasionym tuningu! nówka sztuka, niedeptana. z sylikonowymi wzmocnieniami bocznymi, w kolorze głębokiej czerni, w środku karminowo-czerwone obicia, specjalne perforacje, chromowane felgi, turbodopalacze, gps i noktowizor. a w pięcie ukryty obcinak do cygar i zapalniczka. ponoć ostatni krzyk mody! nie powiem, jaki producent i model, bo zaraz wszystkie polecą se kupić... zwłaszcza, że na moje oko, można na niego rwać nie gorzej niż na gips.

      bo gips to od razu widać i prawie każdy go miał, a powiedzieć w towarzystwie... wiecie, mam stabilizator. kurna, to brzmi niemal jak... agregator, wibrator, kondensator czy terminator... w każdym razie bardzo intrygująco. i czarny wyszczupla... i jest taki tajemniczy, i seksowny. nie no, nie opędzę się od pożądliwych spojrzeń, jak wyjdę w tym cudzie do warzywniaka.

      ale to nie koniec atrakcji na dziś. potem była uczelnia... oczywiście na nś 69 jest winda (miły adres, nieprawdaż?). na nś 70 też. ale na kp3 już nie. więc wdrapuj się człowieku po schodach, bynajmniej nie do nieba. a tam... koleja jak za poprzedniego reżimu i ukochanej pani wiesi z sekretariatu ni ma, jest zastępstwo. lista społeczna przybita do drzwi, w pokoju osoba nr 6, jam dopiero 27. dwie godzinki siedzenia, jak nic... lewa noga myślałam, że sie oderwie i mnie tu zostawi. zdobyłam się na odwagę, by wypowiedzieć zwrot-samobój, uprzednio dyskretnie polerując kulę i przybierając minę zbitego psa a la nicolas cage: czy ktoś się zgodzi mnie przepuścić? sypią się grymasy, syki, stęki... każdy się spieszy na wykład, do pracy, na porodówkę. ludzka rzecz, rozumiem i bez nadziei spuszczam wzrok na linoleum. ktoś niemrawo, że przepuśćmy koleżankę, bo tego, co był dziewiąty na liście nie ma, to może w jego miejsce... cisza. aż tu odzywa się rycerz zza siedmiu gór: jak dla mnie możesz wejść teraz, chyba, że ktoś ma z tym jakiś problem? (pomyślałam: złociutki, jestem twoja!). kolega nie był postawny, ale głos miał na tyle zdecydowany, że nikt nie odważył się wdać w dyskusję i jawnie przyznać do bezduszności. tak oto, dzięki bodźcom wizualnym w postaci kuli i wielkiemu sercu nieznajomego kolegi z wydziału, odebrałam dyplom magistra w gustownej okładce barwy sraczkowatej i ostatecznie zakończyłam rozdział życia zwany "studiami".

      wychodząc z uczelni, wzięłam jeszcze udział w studenckich prawyborach i udzieliłam wywiadu lokalnej telewizji, robiącej materiał o całej akcji. mówię wam, ja przez to skręcenie drugiego stopnia to nie tylko męża znajdę, ale jeszcze do hollywoodu wyjadę. póki co wyjechałam ze śródmieścia na dolny mokotów.

      wracając na swoją wieś, podziwiałam z okien samochodu złocącą się warszawę... jakie to miasto jest piękne! niestety w codziennym zaganianiu nie dostrzega się czerwono-żółtych drzew mieniących się w miękkim, jesiennym słońcu i srebrzystych gołębi pstrzących wszystko wokół. postanowiłam więc skorzystać z tej nieziemskiej aury i kazałam się wyprowadzić na spacer madzikowi, który chwilowo wizytuje kraj nad wisłą. za wiele jednak na bursztynowe korony drzew i chmurki puszyste jak ptasie mleczko patrzeć nie mogłam, bo na moim osiedlu nie ma odcinka chodnika dłuższego niż 10 metrów, żeby nie było jakiegoś pagórka, dziury, korzenia-niespodzianki. uważając więc na chodnikowe wyboje, podziwiałam boskie stworzonka zwane czule przez inne, nieco mniej udane, boskie stworzonka "robalami". najbardziej podobał mi się pająk krzyżak. ponoć krzyżaki mają teraz okres lęgowy - samice przędą żółte kokony jajowe i składają je w trawie. małe pajączki wylęgają się wiosną. wzruszające, nieprawdaż?

      tak, wiem, już plotę, ale czy kalekom się nie wybacza? nie? jak to nie? na pewno się wybacza... to zaraz się zacznie!!!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      tiferet
      Czas publikacji:
      środa, 17 października 2007 00:02
  • piątek, 12 października 2007
    • noga mą podstawą, ironia orężem

      mann (tomasz nie wojciech) pisał, że ironia prawie zawsze jest robieniem z niedostatku oznaki wyższości. coś w tym jest. ironia, szczególnie ta auto-, to jedyny ratunek, gdy już nieco minie chandra. zakładając oczywiście, że minie... ale myślę, że ci, którzy z natury są ironistami, tak naprawdę mają w sobie cichą, głęboko skrywaną nadzieję (wiarę?), a nie tylko to okazywane na zewnątrz zwątpienie i to pozwala im przezwyciężyć różne troski. popłakać można, ale jak długo? w końcu trzeba wytrzeć smarki w rękaw. można zbić kilka talerzy, ale w końcu trafi się na arcoroc. przychodzi taki moment, że cierpienie jest większe niż ból i... co cię nie zabije, to cię zmęczy. trzeba strząsnąć łzy z rzęs, resztki prochu z sukienki, wytrzeć krew z podłogi i wynieść martwego jankesa za nogi z domu (jedna z moich ukochanych scen z "przeminęło z wiatrem").

      a więc ironia robi z niedostatku rzecz wyższego rzędu... no tak, dziś zdjęli mi gips. nie mam gipsu, ale co z tego, skoro sprawnej nogi też nie mam. tylko jakiegoś spuchniętego balaska o ograniczonych zdolnościach komunikacyjnych - przede wszystkim na trasie mięśnie-mózg. mam temu czemuś przez najbliższy tydzień urządzić domowe spa... kąpiele w soli, maści, okłady i najlepiej, żebym jeszcze zachęcała do zwierzeń, otwierania się, opowiadania o dzieciństwie... a dzieciństwo było akurat sielskie - nawet po drzewach się łaziło z chłopakami, skakało przez strumyk, jeździło na łyżwach i w ogóle.

      w każdym razie, żeby się nie zamartwiać (od tego robią się bruzdy wokół ust, zmarszczki na czole oraz siwizna) i nie nudzić opowieściami, jakimi raczyły mnie dziś trzy paniusie czekające razem ze mną do gabinetu lekarza, muszę sobie pokpiwać z samej siebie (nie stwierdzono wpływu na urodę).

      cobyście wiedzieli, czego wam oszczędzam, przytoczę sytuację ze szpitala (wycinam fragmenty o kuzynkach, synowych, zięciach i wnukach z obawy, że mogłabym pomylić stopień pokrewieństwa i nieodpowiednio przypisać urazy i wady wrodzone).

      godzina siódma rano. szpitalny korytarz. pielęgniarki dopiero schodzą się do pracy. ochroniarz leniwie przeciąga się w szatni. tata poszedł do kiosku po "wyborczą", ja siedzę pomiędzy trzema paniami w wieku zaawansowanym. pani na prawo zagaja rozmowę...

      pani na prawo: a pani długo już w tym gipsie?

      ja: 3 tygodnie.

      pani na prawo: a długi ten gips?

      ja: pod kolano.

      pani na prawo: eee, ja to miałam od kostki po samo udo. ale ja miałam kolano skręcone, a pani co? złamanie?

      ja: skręcona kostka.

      pani na lewo: oj, to strasznie bolesne.

      pani na dalsze lewo: i szybko nie przechodzi. mój mąż miał dwa lata temu wypadek, do dziś go boli. nie może długo chodzić, bo zaraz kuleje...

      ja [w myślach]: oho, zaczyna się... gdzie ten ojciec?

      pani na lewo: tak, tak, nieprzyjemna sprawa... długo się goi...

      pani na prawo: a mnie po zdjęciu gipsu woda się w kolanie zebrała, musieli ściągać.

      ja [w myślach]: czy w kostce może zebrać się woda? ewa. muszę zadzwonić do ewy, jak wrócę do domu i spytać. [ewa - moja przyjaciółka po ratownictwie, którą zamęczam telefonami po każdej wizycie u lekarza, żeby ocenić jego kwalifikacje zawodowe - przyp. aut.]

      pani na prawo: ale to nic w porównaniu z tą dziewczyną.

      ja: ?

      pani na prawo: tą, co w telewizji o niej mówili.

      ja: ??

      [pozostałe panie potakują, najwyraźniej znają tę historię]

      pani na prawo: miała operację na haluksy, potem narzekała, że ją boli, ale lekarze to zignorowali. i w końcu odjęli dziewczynie stopę.

      ja [w myślach]: chryste, gdzie ten tata!!!

      tata wreszcie się pojawił. pospiesznie rozparcelowałam "wyborczą", odzdzielając ziarno-gazetę od plew-reklam, i zatopiłam się w kojącej lekturze dodatku "co jest grane"...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      tiferet
      Czas publikacji:
      piątek, 12 października 2007 16:24
  • sobota, 29 września 2007
    • zwierzenia kuternogi

      to już gruba przesada. nie wiedzą, czy to skręcenie czy złamanie, każą siedzieć w tym gipsowym kokonie jeszcze 2 tyg i mówią się zobaczy. tymczasem kostka boli jak diabli, a leki przeciwbólowe nie działąją (ketonal? nic z tego, równie dobrze mogłabym jeść witaminkę c. morfinę, s'il vous plait!). a w ogóle to chcę do pracy!

      nie żartuję... nie po to przez 5 lat studiowałam na elytarnej uczelni, rozbijałam się o idiotyczne tematy na stażach i praktykach, żeby nie móc w końcu przyzwoicie spełniać przeznaczonej mi roli na tym ziemskim padole. a do tego jeszcze kulturalny niebyt... jakbym miała wymienić wszystko, co przechodzi mi koło nosa, to "gazecie" zabrakłoby miejsca na serwerze. że tylko nadmienię koncert pidżamy porno - ostatni w w-wie przed zawieszeniem działalności (mieliśmy iść z sylwestrem na niego w okolicznościowych koszulkach z tekstem typu: grabaż nie grzeb pidżamy©). festiwal filmów dokumentalnych. wmff. nie, nie, dalej nie wymieniam, bo palnę sobię kulę w łeb... albo kulą. w razie czego mam dwie, tuż obok łóżka.

      o urokach bycia kaleką już się przekonałam. chodzenie o kulach to nie lada sztuka. utrzymać na tym równowagę i wyrobić się na zakręcie, to niezły hard core! a odciski robią się po jednym kursie do wc. poza tym nic nie mogę zrobić... niby to noga jest wyłączona z użytku, ale potrzeba dwóch rąk, żeby ją zastąpić, więc jedynym organem chwytającym są... zęby. w takich chwilach człowiek docenia to, że nie jest całkiem sam... ale frustracja i tak mnie dopada. jaki jest następny etap? deprywacja chyba... na razie bronię się autoironią.

      no na łyżwach to ja sobie w tym sezonie już nie pojeżdżę. obym w ogóle mogła szybko normalnie chodzić. na ręku noszę cały czas bransoletkę z ecco walkathonu. żeby nie zapomnieć, jak to się robi...

      (w roli mnie w okresie rekonwalescencji - pola negri)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „zwierzenia kuternogi”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      tiferet
      Czas publikacji:
      sobota, 29 września 2007 00:08