zapiski na styku obserwacji i prowokacji, cynizmu i liryzmu, blagi i powagi
Wpisy otagowane „tasiemce”
śniło mi się, że miałam operację mózgu na fotelu dentystycznym (pierwsza trauma). wycięli mi pół mózgu. w tym celu musieli zgolić mi pół głowy (druga trauma). narkoza nie działała i w środku zabiegu obudziłam się. podali jeszcze raz, tym razem dało radę do końca. po wszystkim obudziłam się z wielkim opatrunkiem na głowie. przerażona, że nici z męki, którą przechodzę od pół roku, zapuszczając włosy (nie znoszę, gdy są dłuższe niż do linii brody, bo ciągle mam je na twarzy i przeszkadzają w całowaniu się). przerażona, że nie odrosną do wesela i jak pani kasia upnie je pod welon (trzecia trauma).
a potem obudziłam się już ostatecznie. szybko dotknęłałam głowy - włosy były na swoim miejscu, milimetr dłuższe niż wczoraj wieczorem. uff.
takimi snami moi drodzy kończą się wizyty u dentysty. i oglądanie house'a.
stara kamienica w centrum warszawy. w przestronnym mieszkaniu na pierwszym piętrze mieści się pracownia krawiecka, modnie zwana atelier. stoję nad dużym, drewnianym stołem, na którym leżą próbne projekty mojej sukienki, gałganki, tasiemki, miarki. omawiamy krój z projektantkami...
ja: a znają panie taki serial - mad men?
one (z miną, jakbym pytała o najbardziej oczywistą rzecz na świecie): no pewnie! ostatnio właśnie przeglądałyśmy fotosy z tego filmu. jaka to była kobieca moda...
od tego momentu byłam pewna, że się zrozumiemy. pół godzinki i po sprawie.
ostatnio było trochę malkontencko, więc teraz coś dla przeciwwagi. scenki z życia:
***
ostatnie zajęcia z kursu przedmałżeńskiego.
proboszcz: mam dla was dyplomiki potwierdzające ukończenie kursu. ale pomieszały mi się pary...
(ludzie zaczynają chichotać) grześ: hm, ciekawe kto mi się trafi?
ja: lepiej nie będzie!
na szczęście każdy otrzymywał swój imienny dyplomik, proboszcz pomieszał tylko ich kolejność.
***
w pracy.
koleżanka: ten twój wywiad z kędzierskim bardzo się podobał. chcą jeszcze.
ja: dobra, ale tym razem chciałbym mieć możliwość zobaczenia filmu, o którym rozmawiam. także płatne z góry w filmach na dvd. a z kim teraz?
koleżanka: z twórcami pacificu.
ja: tego serialu?
koleżanka: no.
ja: amerykańskiego?
koleżanka: no.
ja: spielberga?
koleżanka: i toma hanksa.
ja: hm, to wiesz... zmieniam cennik: wiza, bilety lotnicze, hotel i wyżywienie oraz dwutygodniowa wycieczka objazdowa po usa.
koleżanka: ok, przedstawię im naszą ofertę.
***
w pracy.
dzwoni mama: przeczytam ci imię i nazwisko aktora, który gra doktora house'a, a ty mi powiedz jak się wymawia. h-u-g-h (to wiem, że hiu, jak hiu grant), a nazwisko l-a-u-r-r-i-e.
ja: lori.
mama: dzięki skarbie!
moja mama w 50. roku życia postanowiła rozpocząć naukę angielskiego. myślałam, że po tym, jak 5 lat temu postanowiła isć na studia, a rok temu postanowiła nauczyć się pływać, już mnie nie zaskoczy.
pozostaje spodziewać się niespodziewanego. na przykład deszczu ze śniegiem jutro... a właściwie dzisiaj. o kurczę, to już jest dzisiaj?
wpisałyśmy z natalią w przeglądarkę "wentworth miller", kliknęłyśmy zakładkę "grafika" i przeglądamy opasłe zasoby sieci w postaci zdjęć naszego bel ami... co się będę rozpisywać! mamy obie obs (dla nie wtajemniczonych: orgazm bez stosunku), aż tu trafia się fota, na której znany szerzej jako michael scofield aktor objemuje jakąś blondynę... apokalipsa, jakby powiedziała pani frał! pioruny trzaskają, ziemia się rozstępuje, na morzach szaleją sztormy, wicher zrywa dachy. natalia krzyczy błagalnie: on ma dziewczynę? nie!!! powiedz, że to jego siostra! to na pewno jego siostra! obie tracimy przytomność...
po ocknięciu się i zażyciu słusznej dawki valium, próbujemy dojść, kim ta laska jest. niestety, nie udaje się tego ustalić, strona źródłowa nie chce się wyświetlić, a to farbowane czupiradło, wywłoka jedna, na żadnym innym zdjęciu nie występuje.
takie rzeczy nie powinny krążyć po sieci. ja wszystko rozumiem, wolność mediów i w ogóle, ale są pewne granice. doprawdy, to karygodne. kto na to w ogóle zezwala? sprawdzę to później, teraz muszę się położyć i zmierzyć sobie ciśnienie...

(niewątpliwie jest to jakiś powód, by się napić kawy... ale mnie musiałby jeszcze trochę poprzekonywać... taki kurtuazyjny opór dobrze wygląda)
oglądam z natalią prison break (jakimś cudem znalazła na to czas między matmą a historią), czyli skazanego na śmierć (nie lubię tego tłumaczenia, więc to pierwszy i ostatni raz gdy je przywołuję). jesteśmy w połowie drugiej serii. chłopaki są na wolności i ganiają po utah w poszukiwaniu łopat, żeby wykopać ukryte gdzieś w okolicy przed kilkunastu laty miliony dolarów. syna lincolna wypuszczają z więzienia, co jest oczywiście podpuchą, wie o tym nawet najbardziej ograniczony widz, ale genialny skład borrow-scofield ma chwilowe zaćmienie (czasem muszą je mieć, bo inaczej nie byłoby ani drugiej, ani trzeciej serii). lincoln chce pojechać odebrać syna spod więzienia, ignorując, że ma na czole wypisane "wanted". tylko patrzeć jak będzie wtopa...
natalia: i znowu scofield będzie musiał wyciągać brata z więzienia.
ja: no, to przesrane mieć starszego brata. ciesz się, że masz starszą siostrę.
natalia: no ja nie wiem, co ty mi jeszcze w przyszłości zafundujesz...
ja: a co, nie poszłabyś ze mną do więzienia? nie ratowałabyś mnie?
natalia: nie.
ja: wiesz, ja bym z tobą poszła...
natalia: ale tak w ciągu roku szkolnego?
ja: !?!?!?!?
natalia: albo w maturalnej klasie? tylko nie rób niczego, gdy będę w maturalnej klasie!
coż... jestem spokojna o przyszłość tego dziecka.