zapiski na styku obserwacji i prowokacji, cynizmu i liryzmu, blagi i powagi
Wpisy otagowane „femi-szowi”
jak czytam komentarze pod wpisami na blogu najsłynniejszej córki polskiego polityka, to stwierdzam, że feministki powinny walczyć z nią, nie z mężczyznami. jak mało który facet sprowadza kobietę do gotowania, zakupów i strojenia się. przypomina mi amerykańską znudzoną panią domu z lat 50. doprowadza do tego, że czytelniczki nie zdejmą piżamy, póki nie przejrzą ostatnich wpisów w poszukiwaniu inspiracji. a naczelnym problemem staje się to, z czym łączyć panterkę.
powiecie: hobby jak hobby, każdy ma prawo pisać, o czym chce. zgadzam się. tyle, że czytając tego bloga (a ostatnio miałam przyjemność przeczytać kilkanaście blogów modowo-urodowych, więc porównanie mam) naprawdę słyszę, jak mi szare komórki pękają niczym bańki mydlane. to smutne, że tak wielu dziewczynom marzy się bycie taką... ozdóbką, suplementem.
doczytałam się, że bardzo podobną opinię wyraziły dwie dziennikarki w jednym z marcowych "przekrojów", pisząc, że autorka ta jest archetypowym popkulturowym stworem, zwanym dziewczyną z sąsiedztwa. hm, moim zdaniem żadnym stworem nie jest. po prostu nie ma zbyt wiele do powiedzenia, ale potrafi robić ładne zdjęcia temu niczemu.

strój dnia: fresh vegetable look. czyli must have! w szafie każdej modnej dziewczyny powinny znaleźć się przynajmniej dwie dynie, kabaczek i kapusta. łączyć można dowolnie, nie zapominając o dodatkach: cebuli i papryce. następnego dnia można strój udusić i potraktować jako filling do pulchnych pancakesów.
słuchamy radia w pracy. leci już któryś raz reklama, ale nie wiem, czego, bo się fiksuję zawsze na jednym zdaniu, które z oburzeniem wykrzykuje kobieta: "5 lat po ślubie, a Ty mi kupujesz toster?”.
ja: rozwala mnie ta reklama! co za niewdzięczne babsko.
kolega: cieszyłabyś się z tostera?
ja: ja bym się cieszyła, że w ogóle pamięta o rocznicy!
kolega: no tak. ale toster?
ja: oj tam, świetna sprawa. mniej roboty z posiłkami. w ogóle facet może sobie sam zrobić jedzenie.
koleżanka kręci przecząco głową, dając do zrozumienia, że niektórych nawet tosty przerastają.
ja: serio? to musisz zmienić model.
koleżanka: faceta?
ja: albo tostera. mają różne stopnie zaawansowania.
koleżanka: faceci?
ja: też.
grześ: podobno mężczyzna zaczyna myśleć, gdy kobieta przestaje mówić.
ja: czyli nigdy... ale ja tak dużo mówię?
grześ: nie zastanawiałem się nad tym.

joan: pamiętaj kochana, że milczenie jest złotem!
jayne: bardziej mi do twarzy w diamentach.
wertuję internet pod kątem e-booków (żeby nie było!). trafiam na rekomendację książki: kiedy jednak urodziłam trzecią córkę, postanowiłam przeczytać (szkoda, że tak późno) jego poradnik "chłopiec czy dziewczynka. czyli jak zaplanować płeć dziecka". no i kiedy jej najstarsza córka urodziła syna (z pomocą książki oczywiście), ona postanowiła postarać się o czwarte dziecko, płci męskiej. i tak wnuk bohaterki jest starszy od swojego wujka.
padłam. najbardziej przy fragmencie szkoda, że tak późno. ile jeszcze potrzeba czasu, by równouprawnienie sięgnęło podstaw naszej mentalności? bo wydaje mi się, że to właśnie z pokutującej wciąż patriarchalnej moralności w naszej kulturze wynikają te kompleksy niektórych kobiet, które nie urodziły syna...
to wariactwo naprawdę przyjmuje niemałe rozmiary - w pracy koleżanki spierają się, czy lepiej mieć chłopca czy dziewczynkę. dyskusja schodzi do argumentów chłopcy mają łatwiej w życiu, drugi obóz broni sie słowami syna odbierze ci kiedyś jego żona, córka zawsze będzie dla ciebie, bo córki są bliżej z matkami. ostatecznie dochodzi do takich absurdalnych "za" i "przeciw" jak nie znoszę różowego, dobrze, że nie mam córki oraz chłopcy się pytają, jak mają coś zrobić, dziewczyny nie pytają, tylko robią. są sprytniejsze. nawet nie próbuję tego podsumować, każdy broni swego.
zastanawia mnie tylko, jak to jest, że mężczyźni chcą jednak częściej synów, a kobiety córki (po ciuchu), a potem słabości i tak mamy na krzyż.... stąd córeczki tatusiów i mamisynki.
ale kulturoznawcą czy socjologiem nie jestem, może się mylę... tylko to wszystko jest takie mechaniczne... teraz nie kochanie, bo może być córka. i przykre... no może następnym razem uda się nam syn.
czytam właśnie "nowy wspaniały świat" huxleya, jakoś podejrzanie składa mi się to w jedną całość.

wszystko, co jest ci potrzebne można kupić przez internet. jeśli czegoś nie da się kupić przez internet - nie potrzebujesz tego.
tak sobie tłumaczę i trzeci tydzień zbieram się na shopping, bo przecież wiosna i trzeba odświeżyć garderobę...
no cóż, może ciężko w to uwierzyć, ale niektóre kobiety nie mają typowo babskich potrzeb (albo raczej zwyczajów, bo ciuchy to ja potrzebuję i lubię, nie lubię tylko ich kupować), za to mają kilka męskich...
ostatnio śniło mi sie czarne porsche.
kolega pyta na psi: szukam info o zależności rozmiarów ubrań a noszonego stanika. wiesz coś na ten temat?
ja: w sensie, że jak nosisz rozmiar 42 to masz biustonosz 80B?
kolega: tak.
ja: niestety to tak nie działa, nie da się wprost przełożyć jednego na drugie.
kolega: ale może istnieje jakakolwiek zależność standardowych wymiarów kobiety i jej biustu?
ja: nie, bo to kwestia figury. np. noszę te same bluzki z moją mamą, ale zupełnie inne biustonosze. to jak zależność między rozmiarem kołnierzyka i buta...
kolega: oj tam, kogo ja pytam, ty nie jesteś standardowa!
ja: oczywiście, że nie. ideał nie może być standardem.
wielokrotnie domagałam się, aby się przyśnić grześkowi. no bo to trochę dziwne, żeby się swojemu facetowi nie śnić... no i w niedziele przyszedł i mówi - śniłaś mi się. myślę sobie - oho, będzie gorrąco.
śniło mu się, że ukradłam biżuterię. zaprowadził mnie na policję, dostałam 4 lata i 5 w zawiasach.
i co wy na to?
po pierwsze - ładne ma o mnie zdanie. po drugie - jak tu teraz zaufać swojemu mężczyźnie???
ale zinterpretowałam sobie to na swoja modłę. więzienie -> aresztowanie -> kajdanki. a co można zrobić z kajdankami, to już chyba nie muszę tłumaczyć!
jestem usatysfakcjonowana.
[a może naoglądał się lady gagi i fantazjuje o mnie w pasiastym stroju?]
od ostatniego wpisu niewiele się zmieniło. wciąż słyszę te same czułe słówka pod swoim adresem. grzegorz jest bardzo stały w uczuciach, jak widać.
z nowości, to zauważam, że ulegam tendencji, o której pisza autorka "inteligencji erotycznej" - uciekam się do domowych obowiązków, by złapać porządek świata. właśnie sobotnie sprzątanie albo pichcenie jakiejś pysznej potrawy dla dwojga dają mi wytchnienie od tego, co mnie na co dzień męczy, stresuje, martwi. czyli od pracy głównie. przyczajonych flegamtyków, ukrytych wałkoni.
esther perel trochę w innym kontekście pisze o tym zamienianiu się w gosposię, bo pisze o przygaszaniu uczuć w małżeństwie, ale mechanizm jest ten sam. no po prostu pasuje mi ta teoria, więc ją sobie przysposobiłam na własna modłę i już. nie dociekać, czytać dalej!
zresztą pisarka bardzo ciekawie traktuje temat zasiedzenia w związku. pisze o nudzie, która sprawia, że nie mogąc utrzymać tego, co kiedyś nas nakręcało (pożądanie, fascynacja), uciekamy w rytuały, dające nam poczucie sprawczości, władzy, ułudę spełnienia itd. i rzeczywiście kobiety tak mają, że z wiekiem, w długoletnim małżeństwie, albo po urodzeniu dzieci, gdy obniża się poziom erotyzmu między partnerami, one stają sie pedantyczne, drobiazgowe, koncentrują się na nieistotnych rzeczach jak niepozmywane naczynia. kiedy tracą poczucie własnej atrakcyjności, bo związek stabilizuje się, ale też coś w nim umiera, szukają jakiegoś zajęcia i sfery do wyładowania swoich frustracji. hm, a wcale nie jest tak trudno tego uniknąć (tzn. nie ma nic złego w utrzymywaniu porządku w domu, o ile nie idzie w to cała energia, której część powinna przecież być spożytkowana na partnera)... odpowiedź w książce, nie będę wszystkiego zdradzała, bo lektura jest naprawdę warta uwagi.
tyle, że w moim wypadku fakt, że np. wciąż gotuję i jeszcze mi sie to nie znudziło ani nie zmęczyło, jest... fascynujący. moje kulinarne ambicje wręcz rosną w miarę powiększania się stażu. ale pedantyzmu mi nie przybywa, wciąż zmywam dopiero wtedy, gdy mi zabraknie czystych naczyń. takie rzeczy to chyba dopiero po ślubie (można się tak łudzić). ale w odniesieniu do ww. książki, to chyba lepiej jak kobieta nie jest zbyt gorliwa w tym zmywaniu... (no pasi mi ta teoria, jak nic!).
tak to już jest, że głuptasy, świntuchy i wariatki w jednym nie mieszczą się w żadnych kategoriach! biedny ten mój grześ, żaden poradnik w stylu "jak być z kobietą i nie oszaleć?" mu się na nic nie zda...

[gotowanie może być sexy...]
najczęściej słyszę od Grześka, że jestem głuptas i świntuch. czasem, że wariatka.
moim zdaniem nie za dobrze to o nim świadczy.
no bo ja zadaję się z porządnym chłopcem.
a on z kim!?
kolega (komentując mój kolejny rubaszny żart): wiesz, że jesteś niemożliwa?
ja: wiem.
kolega: często myślisz o seksie?
ja: nie wiem, trudno powiedzieć. nie mam porównania. nie wiem, jak to jest o nim nie myśleć...
a tak serio - doprowadziłam już do tego, że nawet jak NIE myślę i w tym, co mówię NIE ma żadnego podtekstu to i tak wszyscy myślą, że jest. w tym "kojarzeniu sobie" są częstokroć lepsi ode mnie!

[my seksbomby tak już mamy... nawet jak nam się kiecka popruje, to wszyscy myślą, że to prowokacja! i nawet jakby umieli, to by nie zaszyli!]

[ciekawe, że to nigdy nie działa w drugą stronę... mężczyźnie jak poprują się gacie to oznacza to... że popruły mu się gacie! i spróbuj mu ich nie zaszyć! :-] ]