zapiski na styku obserwacji i prowokacji, cynizmu i liryzmu, blagi i powagi
Wpisy otagowane „wyczynowo”
żeby nie było, że tylko mąż, dom i praca... nadal staram się doścignąć jane fondę. idzie mi całkiem nieźle. nie licząc 2 tygodni, na które przypadło apogeum przeprowadzki, więc siłą rzeczy miałam fitness w domu za darmo, bywam w klubie 2-3 razy w tygodniu. mam już swoje ulubione prowadzące (te, co mniej męczą he, he), uczestniczki (te, które rozróżniają lewą od prawej i nie wykonują ćwiczeń w odbiciu lustrzanym, tratując wszystkich wokół) oraz szafki (te, co nie są w przejściu do pryszniców).
oprócz babeczki, która naprawdę wszystkie ćwiczenia wykonuje w dokładnie przeciwnym kierunku niż należy, moją ulubienicą jest niemłoda kobitka, która ćwiczy w samym biustonoszu. fakt, jest to model sportowy, niemniej nie traktuje się tej części b i e l i z n y jako topu. zabawny jest też młody chłopak, taki misiaczek, który przychodzi na ćwiczenia dedykowane brzuchowi i pośladkom. gdyby przychodził tam się pogapić na tę w samym staniku (zakładając, że odjęłoby się jej z 20 lat i kilo), to może bym zrozumiała. ale facet wykonujący mambo chasse i piruety jakoś dziwnie wygląda. oczywiście sport jest dla wszystkich, ale to widok dla mnie równie osobliwy jak kobieta w boksie.
największą osobliwością jest przy tym moja konsekwencja. oczywiście w starbucksie zamawiam dietetyczną, zieloną sałatkę, a do tego... gorącą czekoladę z górą bitej śmietany (o tym dodatku nie doczytałam, ale to chyba nie bardzo mnie tłumaczy). cóż ja poradzę, że kawy nie pijam, herbaty mają nudne, za sok każą płacić jakąś kosmiczną kwotę, a smoothiesów brak...nawet jane fonda w takiej sytuacji musiałaby się złamać!
zresztą czytałam, że teraz jest na diecie kolorowej. nowy sposób odżywiania gwiazdy polega na tym, aby jeść ich jak najwięcej różnych kolorów. jane spożywa każdego dnia coś fioletowego, zielonego oraz czerwonego i pomarańczowego. myślę, że gdy wymieszać te 4 barwy niewątpliwie wyjdzie... brąz. a więc - czekolada jest usprawiedliwiona!!!

jeszcze 10 powtórzeń i będzie po wczorajszym kebabie z cebulką. no może 20, bo był na grubym cieście.
ile wytrzymałam bez vacu? niecałe 3 miesiące. sporadyczne wypady na basen i łyżwy to jednak próżniactwo. uznałam, że trzeba znów się pokatować, ale jakimś nowym typem aktywności. dobrze byłoby też popracować nad kręgosłupem (choć jednym, bo z moralnym już raczej nic nie zdziałam). dlatego też postanowiłam zacząć uczęszczać na zajęcia z fitnessu w klubie na osiedlu.
pani w recepcji uprzejmie poinformowała mnie, że z posiadaną przeze mnie kartą mogę uczestniczyć nawet w kilku zajęciach dziennie. nie wykryłam w jej tonie złośliwości, uznałam więc, że muszę wyglądać albo na olimpijkę albo desperatkę.
wróciwszy do domu, zasiadłam do słownika pojęć i rozszyfrowałam, ból których mięśni skrywa się pod tajemniczymi nazwami: abt, tbc, shape, fat burning, stretching etc. ostatecznie wybrałam te, które powinny sadełko przekuć w kaloryferek, a wątły kręgosłup w żelazną konstrukcję.
dokonawszy rejestracji na 3 zajęcia, w nagrodę wciągnęłam sernik. z dokładką!
dziś, po pierwszych dwóch zajęciach, nie mogąc za bardzo siedzieć (moje pośladki!) ani śmiać się (mój nowoczesny kaloryferek - bez żeberek!), uważam, że mogłam wziąć podwójną dokładkę. nic to, najwyżej wytnę sobie jakieś żebro... chyba freud miał rację, pisząc:

sport jest sublimacją popędu do przyglądania się i tendencji: sadystycznych, ekshibicjonistycznych, homoerotycznych i erotyki ruchowej.
zrezygnowałyśmy z koleżanką na czas wakacji z vacu. niestety brak klimy w studiu i wysoka temperatura w urządzeniu w połączniu z upałem na zewnątrz sprawiają, że ciśnienie mi skacze, ale poza maszyną. nasz troskliwy trener wysyła po jakimś czasie smsa o promocji. odpisuję więc, że dziękujemy, ale wrócimy dopiero po wakacjach. na to pada pytanie czy aby po tych najbliższych. odpisuję, że oczywiście, do kolejnych to już nie zmieścimy się w kobinezony xl! trener pociesza: mamy 2xl, więc proszę się nie oszczędzać.
ucieszyłabym się na to przyzwolenie na lody, gorfy, kebaby i piwko przez całe lato, gdyby nie to, że sukienka już praktycznie uszyta. nic cholera człowiek sobie nie użyje! bo teraz nie może, bo ślub, po ślubie nie może, bo trener nie odpuści i nawet za power rade obrywam po głowie... kobiety to mają przesrane. albo, jak to się teraz modnie mówi - wyjebane... i nadwagę!
nie mam czasu na pisanie na blogu, bo zapieprzam po jakiejś bieżni pod ciśnieniem. a tak, przecież ja nie potrafię nic nie robić. albo chociaż robić niewiele. choć z natury jestem raczej dość leniwa i wygodna. ostatnio naraziłam sie na żarty ze strony grzesia, gdy zauważył, że często zdejmuję ubrania bez zdejmowania butów, np. w przymierzalniach w sklepach. ale naprawdę nie rozumiem, po co je zdejmować, jeśli nogawki przechodzą? zbędny wysiłek, strata czasu. a przecież i bez tego zakupy są męczące i czasochłonne.
tak więc zapisałam się na vacu, zwane też vacu line, vacu well i vacu akctiv. bo trzeba być bardzo active, żeby osiągnąć wymarzony line i poczuć się well. właściwie to zostałam zwerbowana. tak, jak w zeszłym roku zaprowadzono mnie na lekcje tańca disco latino, tak teraz zaprowadzono mnie do studia fitness.
no więc chodzę, a wręcz zasuwam 6km/h pod ciśnieniem. i choć czuję się z tym well, to jeszcze nie widzę poprawy w line... ale może trzeba więcej czasu (dopiero 5 zabiegów) i bardziej restrykcyjnej diety. niestety posiadanie karnetu jakby usprawiedliwia małe grzeszki, które mi się ostatnio dość często zdarzają... z drugiej strony ileż można sobie odmawiać wszystkiego? a zapewniam, że to kuszące... jeść wszystko i nie tyć. dobrze byłoby jeszcze chudnąć, ale też trzeba uważać, by nie przegiąć... co jak przestanę musieć rozpinać spodnie, by je zdejmować? ho, ho, wtedy dopiero się nasłucham, jaki to ze mnie leń!
ja tam jestem zwolenniczką pewnego rodzaju lenistwa. komuś kiedyś nie chciało się zapinać guzików i wymyślił suwak. takich przykładów można by mnożyć i mnożyć!
jak powiedział pewien pan, znany głównie z tego, że trzeba na polskim odmieniać jego nazwisko przez przypadki - j.j. rousseau - każdy pracuje, aby osiągnąć odpoczynek, tak więc lenistwo czyni nas pracowitymi!
a vacu czyni nas... rozgrzeszonymi!

[o co im chodzi z tym odchudzaniem?]
w niedziele byłam na nartach. co prawda na biegówkach, ale zawsze coś. obecnie, kiedy niejeżdżenie na narty w alpy czy inne wielkie, śnieżne góry jest społecznie nieakceptowane, nie powinno to niby dziwić. ale zdziwi każdego, kto mnie zna i wie, że nie znoszę zimy i wszystkiego, co się z nią wiąże. no może oprócz grzańca!
otóż udało się grześkowi namówić mnie na te biegówki w powsinie. nawet obyło się bez długich negocjacji. trochę zmarnowałam temat – mogłam się potargować i jakiś masażyk czy coś wymyślić na zachętę. cóż, trzeba przyznać – byłam łatwa i zgodziłam się od razu. zastanawiające, zważywszy na to, że nie cierpię śniegu, jeszcze bardziej biegania, a narty kojarzą się mi się z narzędziem tortur (głowę mam pełną opowieści o katastrofalnych wypadkach na stokach, operacjach kolan, wielomiesięcznych rehabilitacjach itp). freud twierdził, że sport to przejaw upodobań sadystycznych i ekshibicjonistycznych. zdecydowanie nie zdradzam tego rodzaju dewiacji. no, z małym wyjątkiem... w mojej anty-zimowo-sportowej postawie jak dotąd wyjątkiem były zawsze łyżwy. choć długo tylko saneczkowe.
dzień przed planowaną wyprawą do powsina obleciał mnie jednak strach. otóż nie przewidziałam, że na nartach biegowych: a) może się okazać, że będzie trzeba zjeżdżać z górki; b) trzeba będzie hamować (do tej pory nie opanowałam tej umiejętności na łyżwach); c) można się wywalić. ale nie było już wyjścia, trzeba było iść za ciosem i dalej grać twardzielkę.
powiem wam, że zgranie dwóch desek przymocowanych do stóp, z dwoma kijkami w ręku nie jest łatwym zadaniem. o rozpędzaniu w moim przypadku trudno było mówić, także problemu z hamowaniem nie było. wyzwaniem za to były górki (czyli kupki śniegu o wysokości 30 cm), wygrały ze mną 2,5 razu, kiedy to moja pupa miała bliskie spotkanie z glebą (0,5 stąd, że zrobiłam dziwnego wygibasa, dzięki któremu nie upadłam, choć mało nie zabiłam grześka tym widokiem... prawie pękł ze śmiechu!).
mimo iż zziajałam się jak cholera i od dwóch dni bolą mnie ramiona, nie żałuję. a wręcz powiem, że się opłaciło. w nagrodę dostałam masażyk. tylko, kurde, gdybym wcześniej pomyślała, miałabym dwa masażyki…
już za długo się nic niecodziennego w moim życiu nie działo. pewnie dlatego dałam się namówić sroni na kurs tańca, ale żeby było ciekawiej - tańca latynoskiego. i tak o to co czwartek pomykamy na zajęcia, gdzie piłujemy nasze zawiasy biodrowe w rytm salsy, rumby, samby i takich tam. generalnie mamy problem z odróżnieniem tych tańców od siebie, we wszystkich trzeba dużo ruszać tyłkiem, tylko tempo się zmienia. ja najbardziej lubię rock'n'rolla (bo go odróżniam od reszty he, he).
sronia mówi, że instruktorka ma za mało ikry. mądrala. jak chodziłam w czasie studiów na taniec nowoczesny z elementami hip-hopu, to miałam serdecznie dość nadwyżek ikry u instruktora (bez skojarzeń!). z zajęć nie wychodziłam, tylko się wyczołgiwałam, a strój można było wyżymać. buty po pół roku nadawały się tylko do prac w ogródku. kolejne trzy dni omijałam wszelkie schody i wybierałam windy, takie miałam zakwasy i czułam każdy mięsień (o istnieniu niektórych nawet wcześniej nie wiedziałam). także dziękuję, dla mnie jest wystarczająco energicznie, zawsze się i tak zgrzeję przy tych wszystkich szase i niujorkach, ale na drugi dzień czuję się wyśmienicie, bo nic nie czuję. zresztą sronia tylko taka gada, sama się przyznała, że jeśli chodzi o tempo, to powyżej tanga wysiada.
wczoraj tańczyłyśmy merengue. brzmi dumnie, nie? najpierw dziewczyna powiedziała, że to taki taniec na kaczuszki. myslę sobie, jak ja mam zaimponić grzesiowi mówiąc, że tańczyłam kaczuszki!? przecież on to pewnie już w przedszkolu tańczył! ale na szczeście jest na to bardzo ładna, profesjonalna nazwa. inna rzecz, że - sprawdziłam na wiki - nazwa ta oznacza "ubite jajko", ale tego już nie będę mu mówiła.
[jeszcze ze 3 lekcje i też będziemy ze sronią w tv gościnnie tańczyły merengue, jak j.lo]