zapiski na styku obserwacji i prowokacji, cynizmu i liryzmu, blagi i powagi
Wpisy otagowane „mariaż”
no i stało się. jest nas troje.
po wielu latach spokoju, w naszym domu zagościł on. zagościł? on bezczelnie umościł się w centralnym miejscu salonu. zepchnął ledwo ocalały z moich zabiegów pielęgnacyjnych kwiatek na kraniec szafki, a więżę hifi w ogóle wyeksmitował do drugiego pokoju.
otóż kupiliśmy... telewizor.
ale to już na kursie przedmałżeńskim mówili, że muszę się przygotować na duże zmiany w życiu. no 40 cali to całkiem dużo, nie?
nie no ładny jest. telewizji nadal nie mam jednak potrzeby oglądać, jak będę chciała popatrzeć na śmieci, to są przecież pod zlewem. ale kino domowe to co innego. wreszcie obejrzymy transformersów, bo na ekranie laptopa zgubiłam wątek po 5 minutach. a na ekranie na pół ściany nie będę miała potrzeby go szukać.
podczas gdy Grześ instalował to błyszczące cudeńko, ja postanowiłam świętować pojawienie się nowego domownika w drugim pokoju. z okazji zakupu telewizora... przeczytałam bowiem książkę.
nomen omen pt. "kup kochance męża kwiaty". nie było niestety nic o tym, jak uporać się z ledową rywalką. ale ja mam pewien pomysł...

jutro stukną nam 3 miesiące. według lwa starowicza to newralgiczny moment. ponoć po takim czasie od zamieszkania razem pokazujemy swoją prawdziwą twarz, przestajemy się mitygować, kontrolować. no i zaczną się te wszędobylskie skarpetki, niewyrzucone śmieci, nienaprawiony kran mimo próśb i gróźb. drugi dzień myślę, jaką by tu ripostę przygotować... co by tak tu przestać albo zacząć robić?
kolega z pracy sugerował bana za absolutnie wszystko na buduarowe przyjemności. bezsensu, samą siebie mam karać? odpada.
myślałam o tym, żeby przestać gotować. byłoby jednak łatwiej, gdybym gotowała... a jak męża nie ma przez pół tygodnia, a na drugie pół mam dostawę od teściowej, to moje gotowanie częstokroć sprowadza się do opcji micro / 3 minuty. inna rzecz, że ja lubię eksperymenty kulinarne na moim mężu... znów więc odmówiłabym sobie wielkiej przyjemności. pass!
mogłabym na przykład zakazać mu wychodzenia z kolegami na piwo. ale wtedy nie będę miała kiedy zapraszać koleżanek na wino.
może zacznę trzaskać drzwiami i wychodzić do drugiego pokoju z byle powodu? tyle, że na razie nie mamy drugiego pokoju.
albo nie będę podlewać kwiatków. myślę jednak, że to byłaby dla nich miła odmiana od przelewania, chyba nie lubią być uważane za rośliny wodne.
chętnie przestałabym zmywać, prasować koszule albo ścielić łóżko, ale... no właśnie, nie robię tego.
i tak jest ze wszystkim, co rozważam. mam niewielkie pole do popisu. a z tego, co zostaje mogę samą siebie pokarać lub zmienić się tylko na lepsze. ech, co robić?

przypominam ci, że jutro mijają 3 miesiące, od kiedy się tu wprowadziłeś. to oznacza koniec białych skarpetek do mokasynów i dżekuś będzie spać z nami!
słuchamy radia w pracy. leci już któryś raz reklama, ale nie wiem, czego, bo się fiksuję zawsze na jednym zdaniu, które z oburzeniem wykrzykuje kobieta: "5 lat po ślubie, a Ty mi kupujesz toster?”.
ja: rozwala mnie ta reklama! co za niewdzięczne babsko.
kolega: cieszyłabyś się z tostera?
ja: ja bym się cieszyła, że w ogóle pamięta o rocznicy!
kolega: no tak. ale toster?
ja: oj tam, świetna sprawa. mniej roboty z posiłkami. w ogóle facet może sobie sam zrobić jedzenie.
koleżanka kręci przecząco głową, dając do zrozumienia, że niektórych nawet tosty przerastają.
ja: serio? to musisz zmienić model.
koleżanka: faceta?
ja: albo tostera. mają różne stopnie zaawansowania.
koleżanka: faceci?
ja: też.
wesele dla zuchwałych okazało się najlepszą imprezą sezonu. już próba generalna, przygotowana przez kate i williama wypadła nieźle, ale to właściwa uroczystość zrobiła furorę. piękna ceremonia w kościele (dominikanie są dobrzy w eventach!) i rozbrajająco szczere kazanie ojca Andrzeja oczarowały zastępy gości (odnotowano nawet jedno nawrócenie!). z kolei zabawa weselna zachwyciła nawet otrzaskany w temacie zespół organizacyjny (od kamerzysty jeszcze w czasie podróży poślubnej otrzymywaliśmy smsy, że żadnego wesela jeszcze mu się tak nie kręciło i nie ma, czego wycinać). a my, gdy jakimś cudem wydobyliśmy z siebie głos na przysiędze (mniejsza o wzruszenie, tego dnia oboje mieliśmy solidne nieżyty nosa!), nie stratowaliśmy się w pierwszym tańcu, próbując dorównać travolcie w "gorączce sobotniej nocy" i z przejęciem zjedliśmy pierwszego kotleta... po prostu świetnie się bawiliśmy.
ech... wczoraj stuknął nam miesiąc! z takim stażem można już udzielać porad małżeńskich, a zdecydowanie upoważnia on do do- lub odradzania zamążpójścia. nie wiem, jeszcze jak małżeństwo (na dłuższa metę), ale miesiąc miodowy, a szczególnie podróż poślubną polecam. podróże polecam zresztą na każdym etapie związku. nic tak nie ułatwia nabrania dystansu do życia powszedniego, jak odległość liczona w kilometrach od miejsca uciążliwych wydarzeń.
chyba dlatego tak lubię lotniska. bo gdy na nie wkraczam, już nie jestem tu. a jeszcze nie jestem tam. jestem nigdzie, więc nic mnie nie dotyczy. niczego nie zmienię, niczego nie załatwię. mogę tylko czekać. mogę się snuć. mogę beztrosko załamywać się nad ceną coli z automatu i pomysłowością producentów pamiątek do umieszczania emblematów narodowych absolutnie na wszystkich najmniej przydatnych przedmiotach. mogę porównywać ceny wódek, obserwować podróżnych (tutaj, jak nigdzie indziej na świecie, wszyscy zdają się być sobie naprawdę równi - w sklepach, kawiarniach, toaletach i gate'ach) i zjeść anemiczną kanapkę.
i miodowy miesiąc też jest takim jakby lotniskiem. dlatego też z przyjemnością pokoczuję jeszcze trochę w hali odlotów...
diabeł tkwi w szczegółach. bardzo prawdziwe to stwierdzenie. gdy ostrzegano mnie, że przed samym ślubem to dopiero będę miała jazdę - nie wierzyłam. no bo co za jazdę, skoro wszystko już będzie załatwione? jakże się zdziwiłam, gdy zaczęło się final countdown... nie myślałam, że w tak krótkim czasie zrobię doktorat z zup, doktorat z bukietów ślubnych, doktorat z winietek, doktorat z dekoracji... mimo starań nie udało mi się nie wpaść w szaleństwo przygotowań i utonęłam pod falą drobiazgów, dekoracji-sracji, pierdulasków. na tej ostatniej prostej wszystko, co dotąd wydawało mi się marginalne, nagle urosło do rangi fundamentu.
im bardziej chcę coś uprościć, tym więcej komplikacji powstaje. jak podejmę decyzje samodzielnie, kordon doradców obrazi się, jak zapytam o zdanie, sczeznę zanim znajdę punkt wspólny. wybór zespołu, fotografa, ba nawet sali, okazał się betką przy wyborze ostatniego dania weselnego. jak to mawiał sofokles - nie ma gorszych wrogów niż doradcy.
zostały dokładnie 2 tygodnie. na tapecie cykl spotkań z obsługą i ustalenie ostatnich diabelskich szczegółów...
typ niepokorny z deczko odpuścił i na wszystko się już zgadza. no, prawie wszystko. ale to już taki... szczegół!

dziewczyny pamiętajcie, by nie łączyć rozmów do narzeczonych od najbliższej rodziny i puszczać komunikat o przerwanej linii telefonicznej.
przyszła pora na potwierdzenia, poświadczenia, odpisy i zapisy. jeśli myślicie, że znalezienie koszuli z kołnierzykiem łamanym w kolorze ecru tudzież klipsów udających kolczyki w kolorze oliwkowym to wyzwanie, to jak nazwiecie to...
papierologia zaczęła sie od tego, że pani w wom poinformowała nas, że wszystko załatwimy na falęckiej. na falęckiej dowiedzieliśmy się, że na kenie. ale ponieważ urzędy mają teraz - uwaga - komputery, to pani z falęckiej wysłała do pani na kenie zawiadomienie, żeby ta wyjęła mój akt urodzenia. dzięki komputerom ta operacja trwa tylko 3 do 5 dni roboczych.
dziwne było to dla nas, że mamy udać się na ken, bo ken to ursynów, a my mamy ślub na mokotowie. zaniechaliśmy jednak poszukiwania logiki i udaliśmy się na ken. w poczekalni na kenie na tablicy ogłoszeń narzeczonych informuje się, że jeśli ślub będzie na mokotowie, to należy udać się na falęcką [sic!]. ale to tylko taka zmyłka (może w ten sposób radzą sobie z kolejkami...petenci krążą od urzędu do urzędu, a urzędnicy mają więcej czasu na pałaszowanie pączków?).
w końcu wypełniliśmy papiery i dokonaliśmy należnych wpłat, ale panu urzędnikowi nie przyszło do głowy poinformować nas, że część opłat należy wykonać w okienku, a część przelewem. wszystko więc opłaciliśmy w okienku, w którym pani kasjerka również nie zważała na nasz nieuświadomiony błąd. za tydzień miał być odbiór zaświadczenia. we wskazanym terminie stawiliśmy się w urzędzie, w którym to inna urzędniczka zauważyła błąd w opłacie. no to napisaliśmy podanko z prośbą o zwrot pieniędzy z okienka. na rozpatrzenie czeka się od 2 do 3 tygodni.
kiedy już państwo uznało, że jednak zezwala nam na pobranie się i skoro nie zniechęciły nas administracyjne procedury, to to musi być prawdziwa miłość, udaliśmy się do parafii. ja do swojej, grześ do swojej, na końcu do tej, gdzie ma być ślub. łatwe to nie było, bo księża mają teraz również sezon urlopowy. i tutaj też pokutuje reglamentacja informacji. na stronie www każą przyjść z kompletem makulatury do kancelarii parafialnej. tak więc po wcześniejszym wyjściu z pracy i odstania swojego w kolejce dowiadujemy się, że owszem do kancelarii, ale trzeba się umówić z konkretnym księdzem. po tygodniu mailowania z owym księdzem udaje się. w końcu dochodzi do spotkania, spisujemy protokół, wysłuchujemy, że mamy się mnożyć na potęgę i... możemy dać na zapowiedzi. co za ulga!
niestety ta historia nie wszystkim imponuje. na piwie dowiadujemy się, jakie przejścia mieli ci znajomi i znajomi znajomych, którzy są różnych wyznań lub tylko jedno z nich jest wierzące. okazuje się, że nasz maraton to był krótki dystans, bo jeśli np. zmienia się miejsce zamieszkania to trzeba przygotować się co najmniej na triatlon, aby udowodnić, że w mieszkaniu, w którym już się nie mieszka przyjęło się księdza po kolędzie.

reporter "wedding extreme magazine": ladies and gentlemen, miło mi przedstawić naszego dzisiejszego bohatera: narzeczonego, mr allena. mr allen właśnie załatwił ostatni kwit niezbędny do zawarcia zwiażku małżeńskiego. jakie rady dałby pan narzeczonym na tym etapie przygotowań ślubnych?
mr allen: uhuh... przepraszam uhuh... ale się zmachałem... witam państwa... uhuh otóż sympatii szukać najlepiej w swojej parafii. uhuh przeprowadzać się zawsze przed kolędą. nie ufać tablicom ogłoszeń w urzędach. a przede wszystkim uhuh: łyknąć sobie valium na starcie.
trzy pełne weekendy. prawie jak u tarantino - od świtu do zmierzchu. pudło pełne zaproszeń, skatalogowanych miejsowościami, a następie domami, na końcu rodzinami, jeśli domy wielorodzinne. pełen bak benzyny, pęcherze pękają od herbaty, kilka gaf przy przywitaniu - tak to jest, jak się nie pamięta, że się kogoś kiedyś tam na weselu poznało i chce się zadośćuczynić grzeczności, przedstawiając się. po kilku takich gafach uznałam, że się już nikomu nie przedstawiam, walę na pewniaka.
człowiek może wpaść w hipnozę, gdy jak mantra powtarza odpowiedzi na pytania: a gdzie będziecie mieszkać, gdzie jedziecie w podróż poślubną, wolicie prezenty czy pieniądze? to już nie dzień świstaka, to weekend świstaka!
i jeśli myślicie, że przestali mi się mylić mężowie z żonami i które to są czyje dzieci, to muszę was zawieść... to nie na mój mały rozumek.
p.s. poprzedni odcinek miał kończyć sezon, ale uznałam, że ów maraton będzie jego ładniejszym zwieńczeniem. w trzecim sezonie emocjonujące przeprawy przez urzędy, papierki, kancelarie parafialne i... final countdown!
wchodzę do pokoju grafików i zanim jeszcze zdążyłam otworzyć buzię, by zadać pytanie, słyszę od graficzki: oj nie teraz, muszę zobaczyć, jaką kate ma sukienkę! widziałaś może?
koleżanka z pokoju rozmawia przez telefon z mamą, która opiekuje się jej synkiem.
ona: oglądasz ślub?
[chwila ciszy]
ona: jak to jaki ślub? the ślub!
[chwila ciszy, po której mówi ze zrozumieniem i współczuciem...]
ona: a, mały ogląda cartoon network...
wszyscy powariowali!
p.s. no dobra, przyznaję, o 14 włączę the royal chanel na youtubie, żeby zobaczyć buziaka na balkonie.
za 2 dni ślub kate i williama. nasz za 4,5 miesiąca. wrzesień ma "r"!
na ślubie ma pojawić się 2000 gości. to tylko zero więcej niż u nas.
na liście gości znaleźli się beckhamowie i rowan atkinson. wśród naszych gości będzie dziewczyna, która w mini playback show występowała jako posh ze spice girls, a jaś fasola drzemie w co drugim wójku, gdy się napije.
na ślub zamówili meble u polskiego stolarza. phi, też mi coś, u nas prawie każda para ma stoły od polskiego stolarza. a tak się składa, że my też mamy stoły-na-SPECJALNE-zamówienie!
kate jest ode mnie rok starsza. wygląda na dychę więcej.
william nie może ufać bezgranicznie ministrom. grześ może ufać we wszystkim swojej żonie - na pewno zadba o dobro najdroższej mu osoby!
a zresztą, co tu dużo mówić... to ja mam księcia z bajki, kate musi zadowolić się księciem z angielską flegmą.
także kate i william mogą liczyć tylko na taką parodię na youtube, podczas gdy u nas tak po prostu będzie...
grześ chciał grawer na obrączkach. inicjały i datę. myślę sobie - boi się, że zapomni, kiedy mamy rocznicę? mniejsza o większość . temat oczywiście zgooglowaliśmy, żeby sprawdzić, jakie sa standardy. trafiliśmy na serwis, w którym laska podaje 101 gotowych tekstów na obrączki.
dżizas, co za masakra. co tekst, to aż prosi się o drwinę.
"z tobą aż do gwiazd" - czy jak przekręciła marianna, której o ów serwisie opowiadałam: z tobą aż do gwiazdki
"dwie dusze, jedno serce" - ale marzą mi się trzy w łóżku
"to jest właśnie odwaga" - czy szaleństwo?
"początek wieczności" - czy początek końca?
"wow... jesteśmy małżeństwem - zawarliśmy je po pijaku
"na zawsze Pupsiunia, na zawsze Tygrys" - a nie można było wprost - wagina i penis?
"włóż go z powrotem" - po poprzedni już wiecie, w jakim kierunku podążają moje skojarzenia...
mogłabym tak bez końca wyśmiewać te infatylne lub nieznośnie dwuznaczne teksty, ale już się zlituję nad poetami.
może i jestem zboczona, ale jak w takim przypadku nazwać tych, którzy grawerują sobie na obrączkach "nie ma miejsca na romantyczny napis"?!
p.s. wraz z zamówieniem obrączek sezon drugi uznaję za zakończony.
p.s.2. ciekawe, w sezonie drugim zmienił się narrator... dopiero dziś się zorientowałam, że nie piszę już o sobie w 3 osobie. czyżby ślad aprobaty?