zapiski na styku obserwacji i prowokacji, cynizmu i liryzmu, blagi i powagi
Wpisy otagowane „stolyca”
obserwuję u siebie ostatnio dziwny lęk. lęk przed przebywaniem w centrum warszawy. na myśl o konieczności wybrania się komunikacją miejską do śródmieścia oblewa mnie zimny pot. denerwują mnie korki (to akurat jak wszystkich), tłumy ludzi, pośpiech, hałas i lans - szczególnie chłopcy z opadającą grzywką na oczy. miejsca, które kiedyś były moim drugim domem (a może nawet pierwszym…) teraz wydają mi się obce. mijam ludzi na chmielnej, nowym świecie czy świętokrzyskiej i mam wrażenie, że nie jestem już częścią tej „przechodniej” społeczności. zwłaszcza wieczorami: nie pędzę na smolną na fajkę wodną, na kebaba na królewską, nie szukam klubu na mazowieckiej. wsiadam do nocnego i czuję się jak pasażer nostromo!
może nie jest tak, że marzę o zbunkrowaniu się na osiedlu marina (luksusowy bunkier to co prawda, ale jednak bunkier) albo sprowincjonowaniu się, bo lubię mieć przestrzeń życiową nieogrodzoną płotem i szybki dostęp do metropolitalnych rozrywek (nawet jeśli nie chce mi się z nich korzystać tak często, jak kiedyś), niemniej (ale długie to zdanie) moja oczekiwania co do tempa życia jakby się zredukowały.
podobno ludzie się zmieniają, gdy przeprowadzają się do innego miasta. a jeśli zmienią się w obecnym mieście, to może też powinni je zmienić?
albo poczekać na drugą linię metra i zmianę mody w męskim fryzjerstwie...

[alfredo rozważa przekwalifikowanie się na owczego fryzjera i emigrację do irlandii. nawet drastyczne obniżki cen nie pomagają, gdy młodzi mężczyźni noszą się jak justin bieber]
tak oto wybraliśmy się wczoraj z gregorym na wianki na podzamcze, którą to imprezę miałam okazję zaliczyć pierwszy raz. wiadomo, przy pierwszym razie zawsze się coś traci (choćby złudzenia ;)), tyle że co do tych wianków akurat, to jest szansa je odzyskać, jeśli zwinny kawaler ony, wcześniej rzucony na wodę przez pannę, wyłowi. jako że zapomniałam jednak jak się plecie wianki (choć byłam plotłam je namiętnie z kwiatu koniczyny w okresie późnoprzedszkolnym i wczesnoszkolnym), tom go nie zrobiła, na wodę nie puściła i nikt go był nie wyłowił. no i tak. a szkoda, bo jakby gregory wyłowił wianek, to zgodnie z tradycją, moglibyśmy iść szukać kwiatu paproci na mokradłach... a tak poszliśmy na kebaba i piwo.
a i taka ciekawostka, jak żyję i szlajam się po tego typu festynach, czegoś takie nie widziałam. otóż teren był podzielony na dwie części. część "a" to były namioty z piwem i jadłem wszelakim. część "b" - ze sceną i jarmarkiem z pamiatkami m.in. z białowieży [sic!] i wszystkim, czego dusza zapragnie, ale na pewno nie piwem. z części "a" nie można było wnieść piwa do części "b", nie można go była tam też kupić, ale jak twierdzili ochroniarze - można było je tam legalnie pić. zgrzewka dla tego, kto rozwikła tę zagatkę!
no ale nie dla piwa się tam przyszło, ale dla świętowania pradawnego słowiańskiego zwyczaju i bogatej oferty kulturalnej. począwczy od pana maleńczuka (w formie, z charyzmą, bez zarzutu), przez matta pokorę (jak wyszedł na scenę i zaczął śpiewać catch me if you can, to nas scatchowało pragnienie, a potem potrzeba... więc najpierw kolejka do kija, a potem do toi toi i... było po macie), na koniec reamonn (dali radę, jak to powiedział gregory, ale trochę smęcili i za bardzo mizdrzyli się do publiki... co trzecie zdanie to we love you! no i oczywiście, że polki są piękne... ile można!). a na deser pokaz pirotechniczny z podkładem muzycznym leszka możdzera (pomijając małe techniczne niedociągnięcia, klasa!).
szukając jakiegoś zakończenia dla mej opowieści spojrzałam, co wiki piszę o nocy świętojańskiej: powszechnie wiadomo, że osoby biorące czynny udział w sobótkowych uroczystościach przez cały rok będą żyły w szczęściu i dostatku. no to git, to znaczy, że się opylało!
trzaskprask to jedna z pierwszych stron, na którą trafiłam przed laty, gdy zaczęłam interesować się blogami. do dziś odwiedzam ją regularnie i podzielam żartobliwy krytycyzm i dobrotliwy sarkazm autora, pawła lorocha, wobec warszawy.
ostatnio na blogu lorocha można znaleźć autorską mapę linii metra na 2035 rok. polecam lekturę tras.

wczoraj urządziliśmy sobie z bartkiem maraton knajpowy. owa wyprawa stała się źródłem niezwykle ciekawych obserwacji dotyczących wystroju wnętrz i obsługi w warszawskich klubo-barach...
zaczęliśmy od akwarium jazzarium. pamiętam jeszcze stare, kultowe akwarium na emilii plater, które przestało działać z 10 lat temu... wystrój był tam prawie żaden, ale nikt na to nie zwracał uwagi z powodu atmosfery...
atmosfery nie-do-powtórzenia obawiam się. choć brand new akwarium mieści się zaledwie kilkaset metrów dalej od pierwotnej lokalizacji, dzielą te dwa kluby całe mile morskie. wystrój obecnego jazzarium stylizowany jest na podwodny świat - na wielkich, sraczkowatych płaskorzeźbach na ścianach, z instrumentów muzycznych wyłaniają się spowite w glony i inną florę oceaniczną potwory i... pociski z okrętów wojennych. blat baru łaczą z sufitem gigantyczne, również sraczkowate, płetwy skalara. przy barze można usiąść na czerwonych, plastikowych stołkach przypominających nieco krzesła pantone. stoliki na sali są drewniane, krzesła (jedyna rzecz bez zarzutu i jeśli chodzi o design, i wygodę) z przezroczystego plastiku z podobiznami legend jazzu na oparciach. a pod sufitem żyrandol z plastikowego kryształu, osłonięty metalową siatką (dziś do mnie dotarło, że może to miała być sieć rybacka?)... we wnęce wściekle czerwona, skórzana kanapa. totalny bigos. jakby jeden ktoś zaczął urządzać całe to miejsce, a kto inny skończył... a w końcu jazz to muzyka estetów, nie tylko słuchowych.
a obsługa? najwidoczniej zdezorientowana panującym tu scenografią: sos andaluzyjski to... sos andaluzyjski. dalszych udzielanych nam (dez)informacji nie przytaczam, z sentymentu do starego akwarium i z goryczy, że w stolicy są zaledwie 2 (słownie: dwa) kluby jazzowe...
tak w ogóle grał olejniczak, sympatycznie, choć to niestety nie za bardzo nasze klimaty... ale przy okazji wyszły pewne różnice w naszych gustach muzycznych z bartkiem. mnie się podobało, jak wchodził saksofon, on czekał aż zamilknie. ja wszystko zniosę, oprócz skrzypiec.
kolejnym miejscem był bar w hiltonie. bartek chciał sprawdzić kartę alkoholi, będącą na ustach wielu impezowiczów, jako że liczy sobie 60 rodzajów wódek. policzyłam, 39. trafiliśmy na końcówkę meczu polska-belgia, więc nasze zamówienie, które wymagało użycia shakera i pokruszenia lodu wzbudziło irytację kibiców. na szczęście nasi wygrali, więc nie zostaliśmy obarczeni odpowiedzialnością za wynik meczu. tutaj wszystko było cacy - ładny barman, ładna barmanka, fajne lampy nad barem i wygodne kanapy, na których można znaleźć różne skarby... np. posrebrzany długopis. chcieliśmy z bartkiem rozłożyć kanapę w nadziei jeszcze na jakiś pierścionek z brylantem, ale uznaliśmy, że nasze zachowanie mogłoby zostać opacznie zinterpretowane...
kiedy bartek poszedł do toalety, poprosiłam o rachunek, co tak zdekoncetrowało ładnego barmana, że mu shaker, którym sobie właśnie żonglował, wypadł z rąk... mimo tej małej niezręczności, obsługa bez zarzutu. odradzałabym może posiłki, ponieważ przez uchylone drzwi do kuchni zauważyliśmy z bartkiem kościotrupa na ścianie...
kolejnym celem miało być foksal 19, ale tam impreza zamknięta (podobnie jak w tam tamie). trafiliśmy więc do pianobaru na chmielnej... gdzie usłyszawszy z ust bartka pytanie co to jest?, podczas gdy jego palec wskazywał w menu wściekłego psa, postanowiłam pozbawić go alkoholowego dziewictwa. z oporem, ale w końcu dał się namówić na kieliszeczek... pił na raty, popijał colą, ale przeżył. niestety nie mogliśmy skosztować żadnej z kulinarnych specjalności, np. chipsów z deepami (pisownia zgodna z zapisem w menu) w trzech smakach, ponieważ kuchnia była już zamknięta. kucharz, wyczerpany całodziennym wyciskaniem sosów z butelek, siedział przy barze w bokserkach w kratkę. z głośników leciało don dasdas jose... nie powiem, całkiem swojsko.
pełni obaw, co jeszcze może nas spotkać, postanowiliśmy grzecznie wrócić do domu... tej nocy wrażenia estetyczne okazały się tak silne, iż ABSOLUTNIE nic innego nie było w stanie nas poruszyć.