zapiski na styku obserwacji i prowokacji, cynizmu i liryzmu, blagi i powagi
Wpisy otagowane „rozmyślam”
czy tak się nazywa coś takiego, kiedy twojej koleżance ubzdura się, że jesteś w ciąży?
najpierw klient zainteresowany współpracą wysłał mi taki pakiecik, jaki kobiety dostają w szpitalach, szkołach rodzenie etc. już się na mnie dziwnie koleżanka z sekretariatu patrzyła, gdy odbierałam jakieś pudło z pampersami, odżywkami i innymi akcesoriami. potem ten sam klient przysłał mi książkę o wychowaniu dzieci, którą miałabym promować. tu już padło pytanie wprost: czy ty przypadkiem nie jesteś... krótkie, ale wymowne nie, to projekt, nie wymazało jednak podejrzeń. wszak każda dziewczyna na początku miga się od odpowiedzi. pasuję do schematu.
mała dygresja a propos. nie będzie miło, ale myślę, że trzeba o takich rzeczach mówić, by nie powodować niepotrzebnych przykrości. już czuję, że po pytaniu "a kiedy dziecko?", następnym wkurzającym będzie "czy jesteś w ciąży?", kiedy rzeczywiście już w niej będę. dlaczego ludzie nie szanują tej najbardziej prywatnej ze stref? ludzie jak ludzie, ale chociaż kobiety powinny być wobec siebie trochę bardziej wyrozumiałe i taktowne. dla mnie oczywistym jest, dlaczego wiele kobiet nie przyznaje się na początku do swojego stanu. niestety, ale mam wrażenie, że ciekawość u otoczenia (żeby nie nazwać tego inaczej) bierze górę nad empatią. a nie ma nic bardziej niewygodnego i bolesnego, niż tłumaczyć się z takich spraw i z takiej straty.
ale wracając do mej koleżanki-detektywki. dziś, kiedy powiedziałam jej, że strułam się wczoraj sałatką i idę do domu, bo zbyt często odwiedzam toaletę, poleciła mi już kupić test ciążowy. zdobyłam się na wylewność i przyznałam, że to wątpliwe, biorąc pod uwagę dzień cyklu. chyba z tuzin jej psiapsiół było w ciąży utajonej, czyli miało wszelkie zaprzeczającej oznaki, a mimo to było w stanie błogosławionym. tak więc na koniec lawiny historii potwierdzających podejrzenia, koleżanka p o w a ż n i e zaleciła mi test, to nie będę się stresować. i wiecie co... ona jest tak przekonana o mojej ciąży, że ja już sama zaczynam wątpić...

- wyobraź sobie, mój synek jest urojony. mąż wrócił po 2 latach z wojny, a tu dziecko.
- mój prawdziwy, ale jego ojciec twierdzi, że sobie uroiłam, że to jego.
nie tak dawno pisałam o emo. dziś już mało kto pamięta, co to było. teraz mamy hipsterów. i choć niektórzy uważają, że ten ruch zaczął się już w latach 80. (narodziny rocka alternatywnego, w UK konkretnie było to indie), a niektórzy nawet że w latach 40. (tak, tak, przecież jazz był wówczas alternatywą taką samą, jak kilkadziesiąt lat później punk), to do polski "masowo" przyszedł niedawno. czy dostrzegacie ten paradoks? subkultura masowa... ale tak właśnie jest!
choć przyświeca im indywidualizm, oryginalność i antybrandowość (a której subkulturze nie...), to z trudem można znaleźć jakieś ich urzeczywistnienie, bo prawda jest taka, że wszyscy kupują ciuchy w tych samych sieciówkach, które wyczuły lukratywny rynek. hipsterzy bowiem zawsze mają kasę. jak geje. znacie jakiegoś biednego homoseksualistę, bo ja nie? tak czy siak w dobie wielkich koncernów ciężko być poza obiegiem, bo dziś oczy marketingowców właśnie tam są zwrócone. ciężko być niemodnym hipsterem, gdy za dwa sezony staje się trendem. nie trzeba bardzo się przyglądać, by zauważyć, że (ale to każda subkultura) występując przeciwko pewnej jednolitości tłumu, tworzy inną (każda ma przecież swoje "mundurki"). tak w kwestii stylu, jak i idei.
jednak ruch hipsterski idee zagubił chyba bardziej niż jakakolwiek inna grupa - w niedbałym, staromodnym sweterku, wielkich okularach, grzywce na bok i holenderskiej damce zabrakło tej deklarowanej podszewki dekadentyzmu, buntu czy chociażby ekologii. nie ma nic poza formą. i tak oto, o paradoksie, za wzorową przedstawicielkę ruchu można uznać... lady gagę. dla jednych kontestatorka, która tworzy nową jakość sztuki rozrywkowej, dla innych ofiara i wytwór tego showbiznesu.
śmiem twierdzić (oczywiście jest to wyłącznie moja opinia, zrodzona na podstawie wyrywkowych obserwacji, nie badań na grupie reprezentatywnej), że gros hipsterów to ofiary "mody na hipsterów". w każdym razie naszych rodzimych hipsterów, którzy wyglądają jak z żurnala i daleko im jeszcze choćby do szczątkowej kontrowersyjności lady gagi.
taki obrazek: widzę dziewczynę w star bucksie, która wygląda jakby dopiero co wstała z łóżka, chociaż te kołtuny tapirowała 2 godziny, pochyloną nad różowym mackiem, a ze słuchawek w jej uszach lecą kapele lansowane przez koncerny (bo czymże jest heineken?). jeśli to ma być alternatywa dla głównego nurtu, to ja niestety już nie odróżniam lanserów od hipsterów... najwyraźniej któraś z tych grup za mało się stara.

wzorzec hipstera (fot. pete briones)
bywają takie dni, że moja kreatywność sięga zenitu, ale nie ogarniam najprostszych przyziemnych spraw. godzinami wymyślam zadania konkursowe, hasła reklamowe, tytuły akcji promocyjnych, wizualizacje jakichś idei. moja wyobraźnia triumfuje nad wszelkim ziemskim banałem, a eksplodująca inwencja rozwiązuje wszystkie kryzysy twórcze w zespole. ale umowa z pzu, która trafiła na biurko "chwilowo" nie znalazła się w odpowiednim segregatorze od niedzieli (mamy środę), bezstrosko wrzucam do pralki czarne ubrania, w tym bluzkę z brokatem (mam nadzieję, że błyszczące dżinsy przejdą w pracy, w końcu mamy karnawał), a o kupieniu pomidorów, na które miałam ochotę w poniedziałek rano nawet już nie marzę (warzywniak mam pod domem)... może uda się w przyszły poniedziałek?
hm, być może tak musi być, że gdy jedna półkula osiąga wyżyny swych możliwości, druga musi jej ustąpić? albo wymyśla się koło, albo wtacza je pod górę. z tego powodu myślę, że da vinci nie mógł być pedantem. to ja też nie muszę.
jak to mówią - geniusz ma skutki uboczne (czyżby między innymi... zarozumiałość?).
zaczynam podejrzewać, że nie jestem zbyt bystra. i przekonuję się o tym ostatnio coraz boleśniej. proste urządzenia odkrywają przede mną swoje funkcjonalne możliwości, których mimo wieloletniego użytkowania jak dotąd nie zauważyłam. a warto podkreślić, że są to niemalże ich podstawowe cechy!
weźmy taki dziurkacz. wielokrotnie w wieku szkolnym zastanawiałam się, do czego służy taka wysuwana listewka w dolnej części. miałam sporo autorskich sposóbów na to, jak podziurkować wiele partii kartek dokładnie w tym samym miejscu... ale nigdy nie powiązałam tej listewki z możliwością ustawienia miejsca przebijania małymi ostrzami powierzchni papieru. dopiero pare dni temu, przyuważywszy koleżankę z pracy, jak dziurkowała dokumenty, zauważyłam, że korzysta z listewki, aby wymierzyć dziurki. no powiem wam, że to było olśnienie! ten - w moim umyśle zbliżony do wyrostka robaczkowego pod względem przydatności (notabene niedawno odkryto, że uważany za dotąd zbędny, pozostały po ewolucji narząd pełni jednak ważną funkcję w organizmie! mianowicie uzupełnia braki flory bakteryjnej, np. po biegunce, i wspiera układ odpornościowy) - element urósł do wynalazku na miarę co najmniej zmywarki do naczyń!
kolejnych przykładów nie podam, bo mój samokrytycyzm mógłby już zakrawać na samobiczowanie. niemniej świat wokół wciąż potrafi mnie jeszcze zadziwić. i wcale nie potrzeba w tym celu absorbować zastępu inżynierów genetyków czy innych astrofizyków. wystarczy ot banalny sprzęt biurowy.
zresztą ostatnio w ogóle trochę nie ograniam swojej kuwety. dziś na tańce spakowałam dwa różne buty. na szczęście oba zbliżone typem i oba czarne, niemniej każdy inny. nie dodało to moim niewyrobionym pląsom wdzięku. generalnie merengue zaczyna mnie przerastać, nawet jak mam obuwie do pary! póki co to chyba tylko wodę w przerwach między tańcami pijemy ze sronią profesjonalnie.
a wracając do wątku głównego - mam nadzieję, że nie doszłam jeszcze do punktu, w którym iq osiagnęło apogeum i teraz to już tylko w dóóóóóół! mam nadzieję, że to chwilowe zwarcia neronów czy czegoś tam albo efekt nawrotu zimy. no w każdym razie nic trwałego. bo naprawdę zostanie mi już tylko wymądrzanie się. i sroni, ani nikogo innego, nie przygna do mnie potrzeba uzyskania opinii dotyczącej prawa prasowego...
byleby tylko nie chcieli, żeby im tę opinię spisać, wydrukować i np. spiąć... po przygodzie z dziurkaczem boję sie myśleć, co drzemie w zwykłych spinaczach, a co dopiero w zszywaczu!

[nie, wie pan, my podziękujemy. pozostaniemy chyba przy mopie, bo to urządzenie zdaje się wymagać zbyt wiele przytomności umysłu.]
padając z przepracowania, dla zachowania równowagi psychicznej, wchodzę sobie dziś na facebooka w robocie. tam dorywa mnie na czacie marian. obserwuje jak nie mogę się zdecydować na opis i ciągle go zmieniam. najpierw wpisuję "jeśli kochasz to, co lubisz, to nie jest praca. konfucjusz". za chwilę wstukuję "miła jest praca skończona. cyceron". ale poprawiam na "miła jest praca. skończona. cyceron".
marian na to: widzę, że masz dzisiaj humor na klasyków.
ja: no. ale cyceron był zawsze lepszy od konfucjusza. tylko dostawiłam kropkę przed "skończona". tak jest lepiej. [po chwili] boże, poprawiam cycerona! czy to nie megalomania?
marian: kompletna
ostati dzień przed urlopem w pracy jest zawsze dość intensywny, bo wszystkim się nagle przypomina, że coś od ciebie chcieli. tak też i jest dzisiaj, jako że jutro podwijam kiecę i lecę daleko stąd. niemniej jest to też dość zabawny dzień, w związku z tym, że od wczoraj naczelnym tematem są tabletki na powiększanie biustu.
miałam ze słów kluczy wymyślić copy. napisałam: 300 000 zadowolonych Klientek = 600 000 większych piersi.
nasi graficy, szparując namiętnie zdjęcia kobiecych piersi, podrzucili alternatywne hasło: nie masz? to już masz... a jak masz, to przyjdź pokaż.
oczywiście żadne z tych dwóch nie przeszło.
heh... właściwie, to dzień jak codzień.
trudno mnie wyprowadzić z równowagi. ale mistrzami w tym są flegmatycy i komputery. te drugie właśnie wtedy, gdy przypominają tych pierwszych. co miało miejsce dziś w firmie, kiedy to nawalała sieć i załadowanie czegokolwiek trwało niebotycznie długo, potem się wieszało, więc robiłam restart i cała zabawa od początku...
w pewnym momencie, już po trzech restartach, odepchnęłam się od biurka na fotelu na kółkach, usiadłam tyłem do monitora i mówię do mających ze mnie niezły ubaw kolegów w pokoju - opowiedzcie mi jakiś dowcip, bo zaraz eksploduję. kazali mi samej opowiadać, żebym się wyładowała... zaraz przypomniał mi się jeden z fajniejszych w repertuarze Sylwestra:
przychodzi facet do lekarza i mówi: panie doktorze, poproszę tabletki na chciwość. tylko tak dużo, dużo!
w trakcie opowiadania uświadomiłam sobie, że można by go sparafrazować i odnieść do mojego aktualnego stanu:
przychodzi agata do lekarza i mówi: panie doktorze, poproszę tabletki na niecierpliwość. tylko szybko!
żart zadziałał, ale głównie na słuchających...
kolega zaproponował mi więc melisę. chyba mnie nie docenia! wyłączyłam kompa i wróciłam do domu popracować na prywatnym. w końcu w branży internetowej robię, co za różnica pod jakimi współrzędnymi geograficznymi zasiadają moje cztery litery?

[agat al borde de un ataque de nervios]
...że ja też jestem człowiekiem. dużo mięska, trochę układów transmisyjnych, wszystko pod białą plandeką. czasem ten skomplikowany system zwany organizmem nawala i choćby człowiek chciał, nie jest w stanie sprostać towarzyskim wymogom.
dziś przeżyłam oblężenie... nie ukrywam, bo byłaby to hipokryzja, że było to bardzo, bardzo miłe, ale też trudne do udźwignięcia. jak zwykle skrzyknęłam ludków z pracy na oglądanie meczu w pubie, ale sama z powodu kiepskiej kondycji psycho-fizycznej, którą to regularnie funduje mi matka natura, nie byłam w stanie doczłapać się na umówione miejsce. telefony "no nie wygłupiaj się!", smsy "jak to TY nie przyjdziesz?", pogróżki "nie wk*** mnie, bo...". w końcu musiałam wyłączyć telefony i zaległam na kanapie w regenerującym śnie...
wstałam po kilku godzinach, odpalam lapka, sprawdzam pocztę, a tam maile... że zawiodłam. no kurczę, już mnie przestało to podbudowywać. tak to jest, jak przyzwyczai się innych, że ty zawsze chętnie na każdą imprezkę, z tobą jak z dzieckiem - za rączkę i do pubu. bo tak jest... więc skoro czasem mówię "nie", to znaczy, że jestem już w stanie agonalnym i oczekuję odrobinki zrozumienia.
a tu jak w reklamie nowej coli. zero. nie ma to tamto.
i jutro przyjdę do pracy i dostanę łomot za sędziego-angola...
pada mi śnieg, boli kostka z zimna, wykręciły się włosy od wilgoci i rano uciekł autobus do pracy. czuję się jak kłapouchy. tylko jedno można zrobić w takiej sytuacji. zaśpiewać sobie mruczankę kubusia puchatka:
im bardziej pada śnieg
bim-bom
im bardziej prószy śnieg
bim-bom
tym bardziej sypie śnieg
bim-bom
jak biały puch z poduszki,
i nie wie zwierz ni człek,
bim-bom
choć żyłby cały wiek,
bim-bom
kiedy tak pada śnieg,
bim-bom
jak marzną mi paluszki.
wiem, że jestem niecierpliwa, a co łatwo przyszło, to łatwo poszło itd., itp. ale chciałabym znaleźć się już w chwili za-parę-miesięcy. mniemam, że wówczas wiele spraw się wyjaśni... albo jeszcze bardziej skomplikuje, ale na pewno się pozmienia! będę już znała koniec historii scofielda i burrowsa, ten blondyn z pracy przestanie się przyglądać albo będzie się przyglądał legalnie (ciekawe, czy będę musiała się wówczas tłumaczyć z tego wpisu!), a bardziej serio - pewne rzeczy przestaną być już tylko planami, ale będę mogła się z nimi zmierzyć. tak też, jak zwykle, więcej mam szatańskich pomysłów niż anielskiej cierpliwości, choć przez rozum nieprzerwanie drążę skałę niczym kropla. mam co prawda poczucie, że ku czemuś te wszystkie dni i wysiłki zdążają, ale to oczekiwanie jest okropnie żmudne.
i za to lubię filmy. nie ma w nich miejsca na nudę, każda scena musi czemuś służyć, nawet jeśli jest to jedynie kontemplacja widoczku czy snopu światła. nie może być dłużyzn, pustych chwil, których nie znoszę, bo jak już się przyznałam na wstępie, nie należę do tych, co lubią czekać. męczy mnie czas walki o coś, wolę już chyba walczyć z czymś. męczy mnie niepewność i bezsilność. a czuję się nieco bezradna. wiem, że swoje muszę przejść, żeby zdobyć to, na czym mi zależy, ale to mozolny proces. mówią, że cierpliwość to siostra mądrości... ale dziś czuję, jak tuwim kiedy pisał, że jest to najnudniejsza forma rozpaczy.
tyle że cierpliwi nie popełniają błędów... ani filmowych scenariuszy. albo raczej nie popełniają tak widowiskowych błędów i spektakularnych scenariuszy.
tak, tak, wiem, życie to nie film, trzeba w nim znaleźć złoty środek, zachować równowagę. niekiedy, choć nie zawsze, lepiej nie zrobić nic, niż zrobić zawiele, a nieprzemyślane wybory okazują się lepsze niż te przemyślane. czasem opatrzność wie lepiej, co dla nas dobre. tylko ilu ludzi u kresu swoich dni, podsumowując dobiegające końca życie, może powiedzieć jak bohaterka filmu "wieczór": there's no such thing as a mistake. you get nervous, but you sing anyways. zazdroszczę takiego podejścia. choć może tuż przed śmiercią zdąży mi się jeszcze zmienić punkt widzenia. jeśli o to chodzi, mogę jednak poczekać... cierpliwie.