zapiski na styku obserwacji i prowokacji, cynizmu i liryzmu, blagi i powagi
Wpisy otagowane „wojaże”
co się robi w majówkę? odpoczywa. co się robi w uzdrowisku? zdrowieje. niby proste, ale nie każdy potrafi. niektórzy "aktywny wypoczynek" sprowadzają do takiej dominacji członu pierwszego nad drugim, że ten drugi zmienia brzmienie na "survival".
no dobra, przesadzam, w końcu z jaworzyny zjechaliśmy kolejką... ale po 8 m-cach siedzenia na dupie w biurze, nagły zastrzyk słońca, tlenu i bogactwo tras rowerowo-pieszych sprawiły, że obudziła się w nas wielka potrzeba obcowania z naturą: zdobywania, przemierzania, eksplorowania. tym sposobem majóweczka w zdroju przerodziła się w ekspedycyję na koniec świata.
plan tworzony z dnia na dzień był coraz ambitniejszy... co tam góra parkowa, dajemy na dzień dobry na jaworzynę. co tam przejażdżka do muszyny (50km w obie strony), dalej do bardejova (70 km). dobrze, że byliśmy tam tylko 5 dni, bo jeszcze dzień-dwa i nasze zamiary zmiażdżyłyby nasze siły. a na pewno moje, gdyż oczywiście trasy i cele były moimi pomysłami... nie wiem, czy Grzesiek dobrze robi, nie próbując mnie jednak pohamować w mych zapędach. może miał nadzieję, że się w końcu zmęczę i odpuszczę? ale sami powiedzcie, jeśli za każdą zdobytą górę i powrót do miasta była nagroda w postaci dowolnego ciastka... to kto by się nie stanął na wysokości zadania, czy też szczytu góry, i nie dał uchetać za napoleonkę-bez-wyrzutów-sumienia? takie ciacha niestety mają tylko w górach!
a reszta wrażeń na zdjęciach:
nie wiem, co to za prąd, artysta i idea, ale straszyło na każdym kroku!
kolejka na jaworzynę. my tylko w dół! w górę piechotą... albo raczej czołganiem.
końska przystań. czuło się z daleka... także ci państwo z pieskiem odważni. my zawsze przechodziliśmy na drugą stronę już skrzyżowanie wcześniej...
monitorują wszyscy święci.
tradycyjne rozrywki nie muszą się kłócić z nowoczesnymi. centrum kultury po seansie 3d od razu zaprasza na dancing.
kolejna próba połączenia nowego ze starym... dość wątpliwie urokliwa.
widziałam takie dla chomików, ale widać i dzieci można bańką ujarzmić.
co można zobaczyć na szczycie góry parkowej? zjeżdżalnie. ot alternatywa dla wyciągów!
dla tych dzwonów na rynku w bardejovie przejechałam 70 km! no dobra, był też torcik w kawiarni...
jeszcze tylko 7 km i będzie z górki...
posterunek policji in the middle of nowhere jak mówią amerykanie. rozważałam jakąś rozrubę, licząc na ekstradycję
w pijalni jana można było uzupełnić niedobory wapnia i magnezu, podziwiając prace lokalnych artystów (nie tak straszne jak potworki z ziemi, ale też - jak mówią - dupy nie urywa)
nie ma to tamto, każdy zdrój musi mieć fontannę!
już jutro będziemy zażywać zdrojowych dobrodziejstw! po długiej przerwie, kiedy to zdradziliśmy uzdrowiska na rzecz bornholmu i londynu (potem były jakieś śluby, remonty i przeprowadzki) wracamy do tradycji. wracamy na szlak zdrojowy! jedziemy, jak to mawia moja babcia - do wód!
już czekają na nas pijalnie, palmiarnie, deptak, fontanna, muszla koncertowa i oscypki! a dla nowoczesnych kuracjuszy na pewno znajdą się gokarty i park linowy - takie must-be każdego polskiego kurortu.
ale najważniejsze jest, co nasz gospodarz nam zapewnił i potwierdził trzykrotnie podczas rezerwacji telefonicznej - mamy pokój z balkonem. kto nie wie, co to znaczy wyjaśniam - to jak pokój deluxe w spa.

wesele dla zuchwałych okazało się najlepszą imprezą sezonu. już próba generalna, przygotowana przez kate i williama wypadła nieźle, ale to właściwa uroczystość zrobiła furorę. piękna ceremonia w kościele (dominikanie są dobrzy w eventach!) i rozbrajająco szczere kazanie ojca Andrzeja oczarowały zastępy gości (odnotowano nawet jedno nawrócenie!). z kolei zabawa weselna zachwyciła nawet otrzaskany w temacie zespół organizacyjny (od kamerzysty jeszcze w czasie podróży poślubnej otrzymywaliśmy smsy, że żadnego wesela jeszcze mu się tak nie kręciło i nie ma, czego wycinać). a my, gdy jakimś cudem wydobyliśmy z siebie głos na przysiędze (mniejsza o wzruszenie, tego dnia oboje mieliśmy solidne nieżyty nosa!), nie stratowaliśmy się w pierwszym tańcu, próbując dorównać travolcie w "gorączce sobotniej nocy" i z przejęciem zjedliśmy pierwszego kotleta... po prostu świetnie się bawiliśmy.
ech... wczoraj stuknął nam miesiąc! z takim stażem można już udzielać porad małżeńskich, a zdecydowanie upoważnia on do do- lub odradzania zamążpójścia. nie wiem, jeszcze jak małżeństwo (na dłuższa metę), ale miesiąc miodowy, a szczególnie podróż poślubną polecam. podróże polecam zresztą na każdym etapie związku. nic tak nie ułatwia nabrania dystansu do życia powszedniego, jak odległość liczona w kilometrach od miejsca uciążliwych wydarzeń.
chyba dlatego tak lubię lotniska. bo gdy na nie wkraczam, już nie jestem tu. a jeszcze nie jestem tam. jestem nigdzie, więc nic mnie nie dotyczy. niczego nie zmienię, niczego nie załatwię. mogę tylko czekać. mogę się snuć. mogę beztrosko załamywać się nad ceną coli z automatu i pomysłowością producentów pamiątek do umieszczania emblematów narodowych absolutnie na wszystkich najmniej przydatnych przedmiotach. mogę porównywać ceny wódek, obserwować podróżnych (tutaj, jak nigdzie indziej na świecie, wszyscy zdają się być sobie naprawdę równi - w sklepach, kawiarniach, toaletach i gate'ach) i zjeść anemiczną kanapkę.
i miodowy miesiąc też jest takim jakby lotniskiem. dlatego też z przyjemnością pokoczuję jeszcze trochę w hali odlotów...
z małym (zaledwie miesięcznym) opóźnieniem zamieszczam selektywną, subiektywną fotorelację z wyprawy rowerowej na bornholm. wyspa jest cudna, a ludzie niezwykle przyjaźni. nie wspominam już nawet o kulturze, czystości itp. niespotykanych na polskich kampingach zjawiskach.
należy jednak nastawić się, że opisywanie drukowanymi literami atrakcje turystyczne w rzeczywistości z łatwością można minąć... hitem jest wodospad, którego nie ma. otóż poziom wód gruntowych był na tyle niski w czasie, gdy byliśmy na wyspie, że nie wiemy, kiedy mineliśmy największy na wyspie wodospad... zdjęcia nie ma, ale jest anegdotka.

kołobrzeg o wschodzie słońca, czyli czekamy na katamarana.

najwyższa latarnia na wyspie. zapasową detkę temu, kto powie, jak poporawnie wymawiać nazwę tej miejscowości: dueodde

møller czyli młyn. jak ktoś nie lubi w kółko, to obok są huśtawki i można góra-dół.

turyści na bornholmie potrafią się bawić na całego!

szumnie opisywana w przewodniku f a b r y k a cukierków okazała się manufakturą o wielkości kilkunastu metrów kw.

wieża wodna. po co to - nie wiemy, ale zaprojektował ją jørn utzon - współautor opery w sydney. cóż, tu troszkę jakby skromniej wyszło...

rotunda w stylu bornholmskim. ciekawe czy pod tą też są ustawki jak w wawie?

najmniejszy domek na wyspie. pewnie kosztuje tyle, co willa w wilanowie... jeśli chodzi o ceny nieruchomości na bornholmie, to stać nas tylko na frontową ścianę :-]

zachód słońca nad wędzarnią w hasle. czyli śledzie w sosie romantyzmu.

a mówią, że skandynawowie są powściągliwi w okazywaniu uczuć...

przyzamkowy parking dla wózków. prosimy zostawiać pojazdy na ręcznym!

zamek hammershus - największa skandynawska ruina.

i nieco mniejsza - pozostałości po świątyni salomons kapel. kolejna imponująco opisana w przewodniku atrakcja, która aż przytłacza swoim rozmachem ;)

przydomowy, samoobsługowy sklepik spożywczy.

bornholmskie dzieci chodzą do szkoły z... laptopami!

nasze bajki w oczekiwaniu na odprawę
co można robić w długi bożociałowy weekend? sporo. a co można robić w długi bożociałowy weekend prolongowany do całego tygodnia? więcej.
co można robić w wałbrzychu? niewiele. a co można robić w jego okolicach? więcej.
co można zrobić, jeśli w okolicy nie sposób znaleźć lokum? ulokować się w wałbrzychu. najlepiej między auchanem a billą, a okolice zwiedzać autem.
tak też żeśmy uczynili i zdajemy fotorelację:

zaczęliśmy od reprezentacyjnej drogi na skróty na rynek.

ponoć najważniejsze pierwsze wrażenie... no dla fanów obdrapanych podwórek wałbrzych będzie gratką.

łomża stoi, a piersióweczka leży.

żeby nie było, coś ładnego też tam mają.

tour de szczawno. na drugim planie dom zdrojowy, w którym - wzorem innych uzdrowisk - sprzedają niesmaczną wodę, wmawiając, że to lecznicza. to się nazywa marketing!

w szczawieńskim amfiteatrze publika nie może usiedzieć...

ale kwitną piękne kwiatki. rododododendrony!

a wracając do wałbrzycha, to mają zamek. ale nie każdy może się na niego dostać...

...niektórzy ryzykują jednak głową, by zobaczyć...

sikawki na zamkowych tarasach.

a między zamkiem i rynkiem, w lubiechowie, znajduje się palmiarnia. a w palmiarni kawiarnia. a w kawiarni desery jakie podawano kiedyś tylko w horteksach - bita śmietana z owocami, galaretka...

po krzepiącym deserku, udało mi się odkryć sekretny nawóz, stosowany przez tutejszych ogrodników do roślin egzotycznych...

... dzieki któremu, można takie makro robić!

a na koniec dnia, po powrocie na kwaterkę, zawsze czekało na nas jeszcze jedno makro...

raz grześ zabrał mnie do miasta skalnego koło teplic w czechach. i kazał wchodzić po tych schodach w górę...

...żeby zobaczyć takie coś...

... a potem schodzić w taką przepaść!

w zamian za ten wyczyn spodziewam się tabliczki, zaraz obok tej ku pamięci goethego!

na pociechę grześ zabrał mnie do jedliny - do salonu elegant...

...i na zakupy!

odwiedziliśmy też pasaż handlowy joli i...

punkt widokowy na wielką (ta mniejsza) i małą (ta większa) sowę. ja tam nie wiem, która to która, ale grześ twierdzi, że mała jest większa od wielkiej... bez różnicy, i tak musiałam wejść na obie!
podsumowując wyjazd: widoki mieliśmy piękne (szczególnie z okna), a ponadto...

...tras wycieczkowych od groma - nad ziemią i pod ziemią...

gdzie nie brakowało nam również ani wygód (kopalnia węgla kamiennego w nowej rudzie)...

ani wyżywienia (zamek grodno w zagórzu śląskim)!
ponieważ, o czym doniosły pisma, dziś nawet wiejskie baby wybierają się do wód zagranicznych, rzecz zatem naturalna, że ludzie szyku, dla niezmieszania się z pospólstwem, mają tylko dwa wyjścia: albo jechać na księżyc, albo - do zakładów kuracyjnych krajowych. jednym z takich miejsc (...) jest nałęczów, położony w guberni lubelskiej. podróż łatwa, miejscowość piękna i kuracja dobra... tak ponoć pisał prus o nałęczowie w 1885 r. 125 lat później pewna para postanowiła przekonać się o tym.
to para to oczywiście my (ale siurpryza, co!?). uznaliśmy, że jeśli nie wiesz, gdzie jechać - jedź do zdroju. drugi marzec z rzędu wybraliśmy na krótki urlopik miejsowość uzdrowiskową i nie zawiedliśmy się. bez wzgledu na pogodę jest tu co robić - jak wiosna są tereny zielone dla pieszych i jednośladów, jak zima - pijalnie wód, aquaparki, kawiarenki, a dla kuracjuszy pełną gębą - wieczorki taneczne.
tym razem udało nam się na taki dancing wybrać. wprawdzie nie za pierwszym podejściem... otóż niezbyt obyci w zdrojowych zwyczajach, wyszykowaliśmy się, strzeliliśmy po maluchu dla kurażu i dotarliśmy na zabawę tuż przed godziną 22. nie wiedzieliśmy, że dancingi dla kuracjuszy odbywają się od 18:30 do 21:30, coby do późna nie hulać i dochować higienicznego trybu życia. tak więc drugiego dnia byliśmy już w kawiarni w sanatorium "rolnik" o 19. najmocniejszym dostępnym alkoholem było piwo "karmi" (oficjalnym, bo dziadek obok nas rozlewał do szklanek z sokiem pożeczkowym żubróweczkę pod stolikiem), z głośników leciało włoskie, greckie a potem polskie disco polo, a na parkiecie gibało się kilka par, którzy lat niewieścich schodzili południe, jakby to rzekł nasz wieszcz narodowy. wręcz późne południe. tak więc my ze swoją metryką wzbudzaliśmy spore zainteresowanie. ale, ale - żeby nie było - zatańczyliśmy co najmniej kilka utworów, zachowując odpowiedni odstęp (zorientowaliśmy się, że tzw. przytulańce, a nawet kontakt ciał partnerów nie uchodzi). wcale nie było łatwo, bo raz że stroje mieliśmy niezbyt odpowiednie (grzesiek miał na sobie koszulkę z ac/dc, a ja byłam w dżinsach zamiast w kiecce!), a dwa że musieliśmy przestawic się na inny styl tańczenia oraz odnoszenia sie do siebie (pocałunki w dłoń itepe). ale myślę, że przeszliśmy chrzest pomyślnie.
z kolei ostatniej nocy to nasi nowi sąsiedzi baletowali. otóż nocowała w naszym domu gościnnym ekipa budowlana. chłopaki widać, że nie jedną budowę na wyjeździe obskoczyli, bo do intergracji byli nader dobrze przygotowani... celem rozkręcenia imprezy zabrali ze sobą tamburyn. całe szczęście, bo te kolędy co śpiewali je o drugiej w nocy tak dobrze, by nie brzmiały...
pozostałe wrażenia zilustruję fotkami:

nałęczów to uzdrowisko dla tych, którzy mają poblemy z sercem - nie tylko kardiologiczne. tutaj miejsce dla tych, którym bije ono zbyt szybko... wyspa miłości w parku zdrojowym.

po parku kaczki chodzą gęsiego

spa w centrum parku. wszystko cacy (i na zewnatrz i w środku - sprawdziliśmy, zażywając masaży bąbelkowych), tylko szpeci je ten balon...

...i dmuchana ryba. taka trochę montypythonowska ;)

pijalnia wód zdrojowych. oprócz popularnej "nałęczowianki", można skosztować żelazistej i bardzo żelazistej wody. w tej drugiej wręcz pływały opiłki żelaza! pewnie, że wypiłam, a co - ja nie dam rady!? :-]

pierwsze ślady wiosny znaleźliśmy... na cmentarzu

w przewodnikach piszą, że nałęczów otacza gesta sieć wąwozów... czy gęsta to nie zauważyliśmy, ale zgubić to sie tu raczej nie da, kilkadziesiąt metrów i zaraz wychodzi się na...

... pole osiedlowe... czy tam polne osiedle bądź...

... naziemną stację kosmiczną, dla niepoznaki nazywaną miejskim zakładem wodociągów i kanalizacji

jeśli myślicie, że wiecie, co to jest starówka, to się mylicie. ten budynek to jest właśnie w nałęczowie starówka!

a lublinianom to dopiero palma odbiła!

i jeszcze raz lublin. tym razem od podstaw. fundamenty na placu po farze - czyli po prawdopodobnie pierwszym murowanym kościele we wschodniej polsce. te fragmenty są nieprawdziwe (rekonstrukcja znaczy się), ale funkcjonalne... wokół nie ma ławek, to se choć przycupnąć można.
ostatnie święta spędziłam z siostrą w rzymie. wiadomo - piękna architektura, otwarci ludzie, cudowna kuchnia... ale chyba długo nie umiałabym tam zabawić. być może dają tu znać moje skandynawskie korzenie - południowy temperament na co dzień chyba by mi nie pasował. poniżej fotorelacja z tego krótkiego, acz obfitującego we wrażenia wyjazdu:

a oto i nasza choinka, tym razem nie w kącie salonu a na piazza venezia. do tego pilnie strzeżona przez karabinierów (na szczeście nie odstraszyli mikołaja)

wszystkie drogi prowadzą do rzymu. a w rzymie do fontanny di trevi... gdziekolwiek szłyśmy, zawsze trafiałyśmy tu. moja niespotykana u kobiet orientacja w terenie we włoskich labiryntach uliczek nie dawała rady...

skuter to świetny sposób na poruszanie się po rzymie, szczególnie, że by go wypożyczyć nie trzeba mieć prawa jazdy. jak się patrzy, jak jeżdżą włosi to trudno uwierzyć, że ktokolwiek z nich takowe posiada!

...ale nie polecam parkować nad tybrem!

już lepiej na pasach dla pieszych, którzy przyzwyczajeni do zwyczajów lokalnych kierowców, potulnie obejdą pojazd, nie zasrawszy go.

ale że nawet na pasach bywa ciężko o miejsce postojowe, świetnym rozwiązaniem jest smart. a tych na ulicach rzymu nie brakuje! tu w wersji basic.

znaleźć koloseum jest bardzo prosto, widać je z wielu punktów centrum. ale znaleźć wyjście z koloseum... na jowisza, żadnego zabytku nie zwiedziłam tak dokładnie, jak najsłynniejszego amfiteatru świata!

dwa takie same kościoły obok siebie? podobne, ale nie identyczne. to tylko złudzenie dzięki identycznym rozmiarom kopuł.

akcent polski - drzwi do kościoła s. maria del popolo zaprojektoał mitoraj.

forum romanum - tu narodziła się rzymska cywilizacja. ciekawe, czy po naszej zostaną choćby ruiny?

piramida gajusza cestiusza. faraona? nie, kochani, za czasów augusta każdy obywatel mógł mieć takie mauzoleum.

wieczór nad tybrem. w oddali widać bazylikę św. piotra w watykanie, największą chrześcijańską świątynię świata, która liczy sobie 211 m długości (jak to skomentował mój tata - o rany, dwa boiska piłkarskie!).

ale ile można łazić! czasem trzeba coś zjeść. tu każdy znajdzie ristorante dla siebie... a nawet... swoją!

ciekawe, czy pracownicy tej instytucji uważają "ojca chrzestnego" za kultowy film?

znajdź różnicę! wystawa antycznych rzeź w... elektrociepłowni.
uwaga zagatka: to posągi męskie czy żeńskie?

willa d'este w tivoli (21 km od rzymu) i jej koci lokatorzy
wybrali my się z ukochanym (pewno będzie czytał, to troche zaplusuję) do sandomierza. i okolic. wyposażeni w przewodnik pascala, wskazówki od ani i niepowtarzalny talent do zwiedzania miejsc nieplanowanych, pojechaliśmy zobaczyć to "jak-kazimierz-tylko-większe" miasto. i okolice. i oto co nasze oczy widziały:

siedziba gazety w szydłowie. w świętokrzyskiem (teraz dobrze, mądralo?) prasa nie ma się najlepiej. przegrała z siecią.

dla odprężenia szczególnie polecamy muzeum siarki w baranowie sandomierskim.

znów baranów sandomierski i bajeczne pałacowe schody. jak mi takie zrobią w bloku, przestanę jeździć windą!

malowniczy punkt widokowy na kopalnie siarki w tarnobrzegu. polecono nam to miejsce, gdy próbowaliśmy grzecznie wejść na teren kopalni. ania powiedziała, że można zwiedzać... niestety pan z ochrony był innego zdania i wysłał nas tu. zdaniem grzesia tabliczki są żółte, bo "oni tu wszyscy mają zboczenie przez tą siarkę".

rynek w sandomierzu. popularne miejsce obściskiwań zakochanych (patrz prawy dolny róg).

a oto i sieć, co wykończyła gazetę. sieć kanałów (nie)tematycznych, czyli podziemna trasa turystyczna.

wystawa dla miłośników erystyki. z lewej dziewiczy fotel, nieoceniony argument w wielu sporach.

ot prawdziwy powód naszej wyprawy. chcieliśmy zobaczyć to słynne miasto, w którym kręcą ten słynny serial, co to go nie widzieliśmy nigdy. no tego serialu z tym słynnym aktorem z "na dobre i na złe" nie widzieliśmy. i proszę - i miasto, i serial zobaczyliśmy. a to dzięki wystawie ze zdjęciami z planu, zlokalizowanej w gąszczu przyzamkowych tuj.

restauracja nikisiołka, czyli gdzie gustownie zjeść w klimontowie.

zamek krzyżtopór w ujeździe. jak uprzedzała ania, warto coś o nim przeczytać zanim się tam pojedzie, dopiero wtedy skuma się potęgę tego miejsca. przeczytaliśmy i skumaliśmy!

piwnice zamku. absolutnie magiczne!

rzadki, acz piękny widok. pustka na nadbałtyckiej plaży / uchwycone w drodze do ustki (15 km piechotą! who's the master!?)

zupełnie jak w górach, a jednak nie góry. takie dziwy... / też na trasie do ustki

dotarli my do celu, a tu takie brzydactwo w porcie!

wielkie plażowanie, czyli walka na piasek i życie!

rezerwat wydm ruchomych - duuuużo piasku i...

...i troszku trawki.

polski baywatch i sunset, czyli obowiazkowe zdjęcie w każdej nadmorskiej fotorelacji
po tygodniu urlopu:
maili na firmowej skrzynce: 339
w tym spamu: 210 (czy ja wyglądam jakbym potrzebowała viagry!?)
maili na prywatnej skrzynce: 27
w tym spamu: 0 (niech żyje gmail!)
korespondencja tradycyjna: 1 kartka od znajomych, 1 list z banku, 1 ulotka pizza hut, 1 ulotka sklepu z bielizną
extra kilogramy: 1 (ech te wędzone rybki nad morzem...)
w sumie kilogramów do zrzucenia: 4 (od początku sezonu prawie co weekend grill)
zmiany w inwentarzu domowym: -2 kwiatki doniczkowe (myślałam, że tydzień w rękach mamy je uratuje... nie doceniłam swoich zdolności bio-destrukcyjnych)
najbliższy dzień wolny za: 4 dni (odbiór za 15.08)
najbliższy urlop: zapomnieć