zapiski na styku obserwacji i prowokacji, cynizmu i liryzmu, blagi i powagi
Wpisy otagowane „Prawko”
ubiegły rok skończył się upiornie, witałam nowy zmęczona i wypluta wydarzeniami ostatnich tygodni. gorączka świąteczna w pracy sprawia, że gwiazdką nie sposób się cieszyć... szczególnie jeśli od lat na ich myśl - i bez natłoku pracy - robi mi się słabo.
o dziwo nowy rozpoczął się niezwykle pozytywnie. pomijając zaburzenie przez świąteczno-sylwestrowe dogadzanko pięknego spadku wagi na diecie dukana, ale to się przecież odrobi. pierwsze owoce ubiegłorocznej harówki pojawiły się już w poniedziałek i nieco bardziej optymistycznie nastroiły mnie na ropoczęty dopiero co rok. każdy lubi być czasem pogłaskany po główce, nawet jeśli ma ostre postanowienie wykazania się większą asertywnością w kwestii przejmowania kolejnych obowiązków po nieobecnych lub nierobotnych oraz trzymania się jak najdalej od kwitnącego ruchu stachanowskiego.
kolejnym mega dużym plusem jest zakończenie serialu pt. "mówcie mi elka". do trzech razy sztuka, za czwartym się udaje! nie było ani miło ani łatwo, ale grunt, że mam to za sobą i za 2 tygodnie dokument do odbioru.
być może z nieco lżejszą głową uda mi się trochę wczuć w drugi sezon innego serialu - "wesela dla zuchwałych". choć moja klientka od padających (głównie ze strony koleżanek) raz po raz pytań "jak tam przygotowania?" już dostaje epilepsji. matko jedyna, przecież wesele to nie igrzyska, ileż można się przygotowywać? no może jeśli przeżywa się każdą kokardkę i załamek na obrusie to tak, przygotowania trwają non stop, szczególnie ten etap koncepcyjny w głowie... być może mają nadzieję, że jednak się "nawróci" na dziewczynę-która-całe-życie-marzyła-o-białej-sukni? jakoś w to watpię. moją klientkę zdecydowanie interesuje sam akt i jego następstwa, a nie ten pocieszny obrządek pomiędzy jednym i drugim. no ale cóż - taka karma.
w każdym razie scenariusz nowego odcinka już się pisze. właśnie za godzinkę zaczniemy analizować pierwszą ofertę fotousług ślubno-weselnych. ech... na osłodę w piekarniku siedzi ciasto jogurtowe w wersji dozwolonej przez dukana. jakoś na diecie mam nieodpartą ochotę na słodycze, dużo większą niż zwykle. może organizm domaga się rekompensaty za te wszystkie wyrzeczenia? heh, rozumiem go, zresztą to chyba normalna kolej rzeczy taka gratyfikacja... jak noc i podróż poślubna po weselu...
znowu jestem chora. no może nie znowu, skoro ostatni raz byłam w lutym? w każdym razie ponownie postanowiłam nie udawać zdrowej, kichając skrycie pod biurkiem, tylko poddać się wyrokowi medyka. brzmiał: przeziębienie i 4 dni zwolnienia. ja myślę, że to głównie przemęczenie, więc to zwolnienie spadło mi jak z nieba... drugi dzień śpię. śpię w nocy, śpię w dzień. cudownie!
a co robię, gdy nie śpię? bawię się w forward managera. mój ex-szef był w tym niedoścignionym wzorem, ja jestem zaledwie juniorem. sprawdzam firmową skrzynkę i przesyłam dalej maile, które do mnie przyszły: tym zajmie sie dział x, tym dział y, to może poczekać, a to podeślemy na recepcję, z kolei to do działu obsługi klienta. rozdzielam maile wg naturalnych funkcji działów, nie żebym komuś wciskała coś, z czym nie ma nic do czynienia. genialne powiem wam. to dowód na to, że w dzisiejszych czasach można wykonywać swoją pracę całkowicie zdalnie i bezpośredni kontakt nie jest niezbędny [swoją drogą to niesamowite, ile deali już zrobiłam tylko poprzez e-maile, nawet nie widząc na oczy kontrahenta!]. ale ww. przedrostek "ex" ostrzega, że do czasu. w moim przypadku to tylko tydzień zwolnienia, więc mam nadzieję, że nie zdążę wszystkich wkurzyć!
mam też czas pouczyć się do egzaminu na prawo jazdy - odświeżyć teorię i nastawić się psychicznie na praktykę. dwie zaprzyjaźnione współkursantki w ostatnich dniach oblały, a że na kursie byłam nieco w tyle za nimi, to nie nastawiam się na... na nic.
jedno jest pewne - pójdę na ten egzamin baaardzo wyspana!

[jak wszystko, tak i przeziębienie ma niestety swoje słabe strony...]
w końcu się zebrałam i postanowiłam zapisać na kurs prawa jazdy. odbyłam pierwsze zajęcia z teorii, na których nauczyłam się m.in. jak awaryjnie hamować (choć jeszcze nie umiem ruszać, nawet w teorii). mimo że jestem pełna zapału, nie ukrywam - mam pietra. i jakąś podświadomą traumę - zawsze, gdy w moim życiu napotykam jakieś problemy, śni mi się, że jadę samochodem. oczywiscie fatalnie, bo nie mogę sie zatrzymać ani utrzymać toru jazdy. ogólnie - masakra.
nie chcąc jednak być życiową kaleką (jeździć trzeba umieć, jak pływać), postanowiłam się przemóc i zdobyć uprawnienia w kategorii be. co oczywiście jest świetnym tematem do żartów, choć tak "na serio" moi koledzy w pracy uważają, że jak najbardziej nadaję się na kierowcę i na pewno wszystko szybko załapię. no może, tylko trzeba jeszcze ten egzamin zdać... ale i tu potrafią mnie pocieszyć:
kolega: nie martw się. odpowiedni strój i, jeśli nie trafisz na babkę, masz prawko na 100%.
ja: chyba, że lesbę?
kolega: no chyba, że tak dlatego w obu przypadkach lepiej nie mów, że chłopak na ciebie czeka. najlepiej nic nie mów o chłopaku!
tyle to chyba potrafię. choć zdaniem koleżanek - nie umiem o nim nie mówić.
a właśnie, grześ powiedział, że jak zrobię prawko, to będę mogła jeździć traktorem... oh yeah! zawsze chciałam mieć takie coś.