zapiski na styku obserwacji i prowokacji, cynizmu i liryzmu, blagi i powagi

Wpisy z tagiem: chałtura

poniedziałek, 06 czerwca 2011

wieczór z alkoholizmem. wyobrażacie sobie... 3 godziny o piciu, współpiciu, zapiciu, przepiciu... i to wszystko o suchym pysku?

hehe tak to jest jak się bierze dodatkowe projekty. nie ma picia po godzinach.

poniedziałek, 22 listopada 2010

grześ mnie wczoraj pyta, co z moim wywiadem ze spielgergiem. no cóż, bywa, że sława i podziw, jaką otoczone są niektóre gwiazdy może przytłoczyć... myślę, że steven nie potrzebnie się tak spina przed wywiadem ze mną, ale cóż - poczekam. myślę, że nie musieli mówić mu o moich wszystkich dokonaniach, m.in. pracy dla independent (nie wspomnieli tylko, że nie chodzi o the indpenedent) czy bliskiej znajomości z clarksonem (chodziło o wywiad dla tvn turbo, które emitowało top gear... to juz chyba uprawnia do dodania go do znajomych na fejsie, nie?).

szkoda, że sie chłopak spłoszył, bo akurat mam chwilową niedyspozycję wokalną i zamiast sama udzielać rozlicznych wywiadów sezonowych (no chyba, że podłożą głos lub dorzucą napisy), mogłabym zająć się kimś innym. a co do wywiadów powiem im, żeby wzięli sobie nagrania z ubiegłego roku i wycięli to o kryzysie.

a w weekend widziałam "wyjście przez sklep z pamiątkami". rozważam jakąś kooperację z mr brainwashem. artystą (?), który zrobił sobie wielkiego dżołka ze street artu i fanów sztuki współczesnej. po obejrzeniu tego filmu wszystko staje się ekwiwalentne... nie wiadomo, co jest fikcją, co nie, co jest sztuką, a co tylko atrapą. poza tym, że moja mitomania na pewno świetnie pasowałaby do jego megalomanii.

***

co do sezonu drugiego "wesela dla zuchwałych" uprzejmie donoszę, że wciąż odpoczywamy po sezonie pierwszym. nie wiem, kiedy rozpoczniemy kolejny. tak, jak nie wiem, kiedy skończę inny serial w odcinkach - "egzamin na prawo jazdy". tu już zaczyna powstawać mitologia jakiej parandowski by się nie powstydził!

czwartek, 21 października 2010

ostatnio było trochę malkontencko, więc teraz coś dla przeciwwagi. scenki z życia:

***

ostatnie zajęcia z kursu przedmałżeńskiego.

proboszcz: mam dla was dyplomiki potwierdzające ukończenie kursu. ale pomieszały mi się pary...

(ludzie zaczynają chichotać) grześ: hm, ciekawe kto mi się trafi?

ja: lepiej nie będzie!

na szczęście każdy otrzymywał swój imienny dyplomik, proboszcz pomieszał tylko ich kolejność.

***

w pracy.

koleżanka: ten twój wywiad z kędzierskim bardzo się podobał. chcą jeszcze.

ja: dobra, ale tym razem chciałbym mieć możliwość zobaczenia filmu, o którym rozmawiam. także płatne z góry w filmach na dvd. a z kim teraz?

koleżanka: z twórcami pacificu.

ja: tego serialu?

koleżanka: no.

ja: amerykańskiego?

koleżanka: no.

ja: spielberga?

koleżanka: i toma hanksa.

ja: hm, to wiesz... zmieniam cennik: wiza, bilety lotnicze, hotel i wyżywienie oraz dwutygodniowa wycieczka objazdowa po usa.

koleżanka: ok, przedstawię im naszą ofertę.

***

w pracy.

dzwoni mama: przeczytam ci imię i nazwisko aktora, który gra doktora house'a, a ty mi powiedz jak się wymawia. h-u-g-h (to wiem, że hiu, jak hiu grant), a nazwisko l-a-u-r-r-i-e.

ja: lori.

mama: dzięki skarbie!

moja mama w 50. roku życia postanowiła rozpocząć naukę angielskiego. myślałam, że po tym, jak 5 lat temu postanowiła isć na studia, a rok temu postanowiła nauczyć się pływać, już mnie nie zaskoczy.

 

pozostaje spodziewać się niespodziewanego. na przykład deszczu ze śniegiem jutro... a właściwie dzisiaj. o kurczę, to już jest dzisiaj?

poniedziałek, 23 listopada 2009

nie po raz pierwszy i nie ostatni czeka mnie noc ze statuetką. co jakiś czas przypada mi w zaszczycie odbiór nagrody dla mojej firmy, która to nagroda do dnia następnego trafia pod mój dach. po wschodzie słońca uniżenie odnoszę posążki do biura. może nie są to statuetki na miarę oscara czy nobla, a jednak za ich sprawą do mojego domu wkracza wielki świat. no i już nie wypada biegać po domu w rozciągniętym podkoszulku z kaczorem donaldem, w piżamie w pingwniki z dziurą pod pachą czy co gorsza puścić małego pierdzioszka po wielogodzinnym zadęciu na jakimś raucie.

kto mnie zna, ten wie, że na galach najbardziej lubię moment zamawiania taksówki do domu. no nie dla mnie te szyfony, czerwony dywan, potrawy z jakiejś egzotycznej trawy. zawsze uwielbiałam felietony towarzyskie iwaszkiewicza, ale szczerze mówiąc na poziomie literackiego artyzmu, satyrycznego geniuszu. ani przez chwilę nie chciałam być bohaterką jego tekstów, ani nawet obserwować tego, o czym pisze osobiście... a jednak, przyszedł czas, że niekiedy muszę. dzięki bogu, że uciekłam z branży modowej do biznesu. na imprezach dla tych drugich obsługa techniczna wygląda tak, jak vipy na imprezach tych pierwszych (szczytem dobrego smaku jest ignorować dobry smak). nie wspomnę już nawet o poziomie "modnych" konwersacji i nadreprezentacji pozorantów oraz gejów-ekshibicjonistów.

dziś znalazłam się jednak w równie ciekawym i zróżnicowanym towarzystwie. przypadło mi miejsce między prezerwatywami i krakersami. ciekawę czy to spotkanie stanie się inspiracją dla nowego smaku gumek? no i widzicie, z takimi dylematami, gdzie ja się nadaję na bankiety?

niemniej czeka mnie noc pełna uniesień. normalnie jakbym miała w sypialni torbicką i prokopa (którzy tę nagrodę mi wręczali).

wtorek, 13 listopada 2007

za godzinę idę na spotkanie z kimś znanym. zapowiada się bardziej towarzysko niż służbowo. ale nie spodziewam się wiele... poza nagłą, nieoczekiwaną sławą rzecz jasna. jutro na pierwszej stronie w "fakcie" przeczytacie nagłówek: stefan ma nową kochankę. kim jest agata c.?

zawsze to lepiej być twarzą pierwszej niż pupą ostatniej strony.