zapiski na styku obserwacji i prowokacji, cynizmu i liryzmu, blagi i powagi
sobota, 04 lutego 2012

że pod kolorem np. oliwkowym może kryć się wiele różnych barw, w zależności od producenta farby, jestem w stanie zrozumieć. wszak w samej hiszpanii jest ponad 200 odmian oliwek. ale, że porównując kolor we wzorniku, na ekspozycji, na wiaderku, w wiaderku i na ścianie widzę 5 różnych barw zrozumieć mi ciężko... bo skoro wybieram milkshake malinowy, to spodziewam się m o c n o rozbielonego czerwonego, powiedzmy pąsowego (eksperymentować z różowym - powiecie - szaleństwo!). tymczasem zamiast  shake dostaję smoothiesa! nie powiem, zdziwko mnie hapło. ale postawszy chwilę pośród tych różowych ścian uznałam, że choć mogłoby być trochę jaśniej, źle nie jest. w końcu mogła wyjść magenta (lata pracy w wydawnictwach, robią swoje...)! a przy otwartej łazience, stwierdziłam wręcz, że zielone kafelki w łazience z tym malinowym progiem w przedpokoju współgrają jak kermit z piggy!

podobnie było z taubenblau (po ludzku - szaroniebieskim). bardzo długo szukałam czegoś niezbyt szarego i niezbyt niebieskiego, aż w końcu Grześ podpowiedział pigment szafirowy. z opakowania zapowiadało się obiecująco. po zmieszaniu z białą farbą wyszedł nam idealny balans między niebieskością i szarością. próba na ścianie również nie zdradzała znaczących odchyleń od koloru gołębiego, który mi się marzył. heh i tu okazało się, że prędzej jakaś mewa zachwyci się tymi ścianami niż gołąb. lazur może to to nie jest, ale taka już lekka morska bryza to owszem. oczywiście - czas na pocieszenie - mógł wyjść cyjan!  

i wiecie co? okazuje się, że jedynym bezpiecznym kolorem jest kolor zębów nauczycielki z reklamy colgate. otóż tak, czy ciemniejszy, czy jaśniejszy beżowy to zawsze beżowy. nie ma bata by zaskoczył nas odcieniem zbyt brunatnym lub chamois (taka pożółkła kartka). i pasują do niego meble w każdym kolorze, szczególnie w modnym w tym sezonie wenge. ale, jeśli myślicie, że wenge to taki ciemny brązowy, wpadający już w czerń, to się mylicie. ostatnio w katalogu mebli jednej z popularnych marek meblowych widziałam meble w kolorze wenge biały. kompletnie białe. i co na to cmyk?

od 35 lat opracowuję paletę białych farb. w moim laboratorium znajdą państwo około 370 odmian bieli - od ciepłej, dziennej nieco przezroczystej do zimnej, nocnej nieco czarnej.

 

nie kanarkowo-melonowe. nie amarantowo-spiżowe. wnętrze musi być przede wszystkim praktyczne. dlatego też polecam kolor brudny, czyli taki między płowym a burym. na brudnym nie widać brudu. prawdziwie szlachetne jest to, co pragmatyczne - jakby to mógł powiedzieć paulo coelho.

sobota, 28 stycznia 2012

ile wytrzymałam bez vacu? niecałe 3 miesiące. sporadyczne wypady na basen i łyżwy to jednak próżniactwo. uznałam, że trzeba znów się pokatować, ale jakimś nowym typem aktywności. dobrze byłoby też popracować nad kręgosłupem (choć jednym, bo z moralnym już raczej nic nie zdziałam). dlatego też postanowiłam zacząć uczęszczać na zajęcia z fitnessu w klubie na osiedlu.

pani w recepcji uprzejmie poinformowała mnie, że z posiadaną przeze mnie kartą mogę uczestniczyć nawet w kilku zajęciach dziennie. nie wykryłam w jej tonie złośliwości, uznałam więc, że muszę wyglądać albo na olimpijkę albo desperatkę.

wróciwszy do domu, zasiadłam do słownika pojęć i rozszyfrowałam, ból których mięśni skrywa się pod tajemniczymi nazwami: abt, tbc, shape, fat burning, stretching etc. ostatecznie wybrałam te, które powinny sadełko przekuć w kaloryferek, a wątły kręgosłup w żelazną konstrukcję.

dokonawszy rejestracji na 3 zajęcia, w nagrodę wciągnęłam sernik. z dokładką!

dziś, po pierwszych dwóch zajęciach, nie mogąc za bardzo siedzieć (moje pośladki!) ani śmiać się (mój nowoczesny kaloryferek - bez żeberek!), uważam, że mogłam wziąć podwójną dokładkę. nic to, najwyżej wytnę sobie jakieś żebro... chyba freud miał rację, pisząc:

 

sport jest sublimacją popędu do przyglądania się i tendencji: sadystycznych,  ekshibicjonistycznych, homoerotycznych i erotyki ruchowej.

piątek, 27 stycznia 2012

miałam już szefową rodem z piekła - istny "diabeł ubiera się u prady". miałam szefa - klona dr house'a, uważającego wszystkich za idiotów. zanosi się, że będzie następny. kto tym razem?

 

nie drażnij mnie stary, nie takich dyrektorków jak ty już pożarłam...

poniedziałek, 23 stycznia 2012

genialny komik ricky gervais. twórca m.in. moich ukochanych seriali "office" i "extras". tutaj jako prowadzący złote globy, w jak najlepszej formie. dla takiego monologu warto było nakręcić "turystę" czy "podwójne życie".   



czy tak się nazywa coś takiego, kiedy twojej koleżance ubzdura się, że jesteś w ciąży?

najpierw klient zainteresowany współpracą wysłał mi taki pakiecik, jaki kobiety dostają w szpitalach, szkołach rodzenie etc. już się na mnie dziwnie koleżanka z sekretariatu patrzyła, gdy odbierałam jakieś pudło z pampersami, odżywkami i innymi akcesoriami. potem ten sam klient przysłał mi książkę o wychowaniu dzieci, którą miałabym promować. tu już padło pytanie wprost: czy ty przypadkiem nie jesteś... krótkie, ale wymowne nie, to projekt, nie wymazało jednak podejrzeń. wszak każda dziewczyna na początku miga się od odpowiedzi. pasuję do schematu.

mała dygresja a propos. nie będzie miło, ale myślę, że trzeba o takich rzeczach mówić, by nie powodować niepotrzebnych przykrości. już czuję, że po pytaniu "a kiedy dziecko?", następnym wkurzającym będzie "czy jesteś w ciąży?", kiedy rzeczywiście już w niej będę. dlaczego ludzie nie szanują tej najbardziej prywatnej ze stref? ludzie jak ludzie, ale chociaż kobiety powinny być wobec siebie trochę bardziej wyrozumiałe i taktowne. dla mnie oczywistym jest, dlaczego wiele kobiet nie przyznaje się na początku do swojego stanu. niestety, ale mam wrażenie, że ciekawość u otoczenia (żeby nie nazwać tego inaczej) bierze górę nad empatią. a nie ma nic bardziej niewygodnego i bolesnego, niż tłumaczyć się z takich spraw i z takiej straty.

ale wracając do mej koleżanki-detektywki. dziś, kiedy powiedziałam jej, że strułam się wczoraj sałatką i idę do domu, bo zbyt często odwiedzam toaletę, poleciła mi już kupić test ciążowy. zdobyłam się na wylewność i przyznałam, że to wątpliwe, biorąc pod uwagę dzień cyklu. chyba z tuzin jej psiapsiół było w ciąży utajonej, czyli miało wszelkie zaprzeczającej oznaki, a mimo to było w stanie błogosławionym. tak więc na koniec lawiny historii potwierdzających podejrzenia, koleżanka p o w a ż n i e zaleciła mi test, to nie będę się stresować. i wiecie co... ona jest tak przekonana o mojej ciąży, że ja już sama zaczynam wątpić...

- wyobraź sobie, mój synek jest urojony. mąż wrócił po 2 latach z wojny, a tu dziecko.

- mój prawdziwy, ale jego ojciec twierdzi, że sobie uroiłam, że to jego.

piątek, 20 stycznia 2012

coraz częściej dochodzę do wniosku, że powinnam zacząć pisać alternatywny poradnik dla gospodyń. czyli, czego perfekcyjna pani domu próbować nie powinna, a jak już się zdarzy - jak z gracją obrócić sytuację w żart, bo o ratowaniu jej raczej mówić nie można. wszak już oscar wilde pisał, że kobiety winny umieć popełniać czarujące błędy, inaczej są tylko samicami.

już nawet nie mówię o tym, że nieustannie wkładam parzystą liczbę skarpetek do pralki, a wyjmuję nieparzystą. głównie dotyczy to moich, bo Grześ ma system wkładania jednej w drugą, co zapobiega ich rozkompletowaniu. choć, muszę się pochwalić, że i ten system udało mi się ze dwa razy obejść. na drodze od kosza na brudy z łazienki do pralki w kuchni potrafiła mi się któraś lewa czy prawa skarpeta zdematerialiozować. potem w magiczny sposób znajdywałam ją np. za wspomnianym koszem. nie pytajcie, jak to robię, ale na pewno jest jakieś naukowe wytłumaczenie!

ostatnio udało mi się pomylić ajax z pronto. umówmy się, to nie tragedia. da się przeżyć, gdy kuchenny blat pachnie jak panele podłogowe. grunt, że czyste, prawda? gorzej było z kwaśnym ciastem, kiedy to pomyliłam przepis na ciasto jogurtowe z sernikiem i źle wyliczyłam ilość substancji słodzącej. ale mam już na to sposób - odpowiednia warstwa miodu niweluje każdy, nawet najdziwniejszy smak. w przypadku potraw słonych doradzam ketchup.

a i polecam mój patent na przelewanie kwiatków. trzeba nasypać bardzo dużo ziemi do donicy, tak, żeby się prawie wysypywało. no wtedy nie sposób przelać, bo już po dawce wielkości łyżeczki od herbaty zaczyna się wodospad po parapecie.

mam jeszcze kilka takich trików. ale wszystkich zdradzać naraz nie będę. wszak chyba już  wypadłam czarująco?

i pamiętaj, kochana, jak nam znów wyjdzie zakalec, to mów, że to gâteau de moisissures, a przepis masz od koleżanki z francji. dyskusja na pewno zejdzie na kwestię prawidłowej wymowy.

piątek, 13 stycznia 2012

znalazłam nowy sposób na szybkie zakończenie rozmów w stylu - czy jest pani zainteresowana naszym doradztwem finansowym? mówię: nie, dziękuję, mój mąż jest doradcą finansowym. nieźle zbija z tropu!

można też poczekać, aż dzwoniący wyprztyka się z argumentów. kiedy namawia cię na pożyczkę lub kredyt, na podsuwane porpozycje niezmiennie, jednostaje odpowiadasz: nie, nie myślę o nowym mieszkaniu  / domu / samochodzie / wycieczce. kiedy w końcu słyszysz: ale na pewno ma pani jakieś niezrealizowane marzenie!, mówisz: właśnie ostatnie zrealizowałam, troszkę się pan spóźnił.

tyle że pierwsza metoda jest szybsza, druga raczej na takie dni, kiedy mamy ochotę się poznęcać.

słucham? czy potrzebuję pożyczki? nie, dziękuję, potrzebuję służby. nie chciałaby pani zmienić pracy na lepszą?

poniedziałek, 02 stycznia 2012

nie tak dawno pisałam o emo. dziś już mało kto pamięta, co to było. teraz mamy hipsterów. i choć niektórzy uważają, że ten ruch zaczął się już w latach 80. (narodziny rocka alternatywnego, w UK konkretnie było to indie), a niektórzy nawet że w latach 40. (tak, tak, przecież jazz był wówczas alternatywą taką samą, jak kilkadziesiąt lat później punk), to do polski "masowo" przyszedł niedawno. czy dostrzegacie ten paradoks? subkultura masowa... ale tak właśnie jest!

choć przyświeca im indywidualizm, oryginalność i antybrandowość (a której subkulturze nie...), to z trudem można znaleźć jakieś ich urzeczywistnienie, bo prawda jest taka, że wszyscy kupują ciuchy w tych samych sieciówkach, które wyczuły lukratywny rynek. hipsterzy bowiem zawsze mają kasę. jak geje. znacie jakiegoś biednego homoseksualistę, bo ja nie? tak czy siak w dobie wielkich koncernów ciężko być poza obiegiem, bo dziś oczy marketingowców właśnie tam są zwrócone. ciężko być niemodnym hipsterem, gdy za dwa sezony staje się trendem. nie trzeba bardzo się przyglądać, by zauważyć, że (ale to każda subkultura) występując przeciwko pewnej jednolitości tłumu, tworzy inną (każda ma przecież swoje "mundurki"). tak w kwestii stylu, jak i idei.

jednak ruch hipsterski idee zagubił chyba bardziej niż jakakolwiek inna grupa - w niedbałym, staromodnym sweterku, wielkich okularach, grzywce na bok i holenderskiej damce zabrakło tej deklarowanej podszewki dekadentyzmu, buntu czy chociażby ekologii. nie ma nic poza formą. i tak oto, o paradoksie, za wzorową przedstawicielkę ruchu można uznać... lady gagę. dla jednych kontestatorka, która tworzy nową jakość sztuki rozrywkowej, dla innych ofiara i wytwór tego showbiznesu.

śmiem twierdzić (oczywiście jest to wyłącznie moja opinia, zrodzona na podstawie wyrywkowych obserwacji, nie badań na grupie reprezentatywnej), że gros hipsterów to ofiary "mody na hipsterów". w każdym razie naszych rodzimych hipsterów, którzy wyglądają jak z żurnala i daleko im jeszcze choćby do szczątkowej kontrowersyjności lady gagi.

taki obrazek: widzę dziewczynę w star bucksie, która wygląda jakby dopiero co wstała z łóżka, chociaż te kołtuny tapirowała 2 godziny, pochyloną nad różowym mackiem, a ze słuchawek w jej uszach lecą kapele lansowane przez koncerny (bo czymże jest heineken?). jeśli to ma być alternatywa dla głównego nurtu, to ja niestety już nie odróżniam lanserów od hipsterów... najwyraźniej któraś z tych grup za mało się stara.

 

wzorzec hipstera (fot. pete briones)

sobota, 31 grudnia 2011

plany planami, marzenia marzeniami, niech nie będzie tak przewidywalnie. niech nowy rok zaskoczy was bardzo pozytywnie z kilka razy!

piątek, 30 grudnia 2011

stoisko z akcesoriami karnawałowymi w galmoku. oglądam maski weneckie i słyszę, jak dziewczyna obok pyta sprzedawczynię: czy może mi pani doradzić? szukam czegoś w stylu lady gagi, jakiś kapelusik czy coś. będę ubrana na czarno...

podnoszę wzrok. dziewczyna wygląda jak pączek w maśle - mała, okrągła brunetka z kartoflanym nosem.

są dwie rady: zmienić postać na gossip albo udać się do mięsnego. półkilogramowy stek na głowie powinien rozwiązać problem.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 37