zapiski na styku obserwacji i prowokacji, cynizmu i liryzmu, blagi i powagi
Wpis
marketingowcy nie mają świąt.
tak się złożyło, że przejęłam w tym roku część obowiązków po koleżance, marketingowych obowiązków i... marzę o dniu po świętach. akcje promocyjne, specjalne oferty dla klientów, deale-srile, inserty - oczywiście wszystko z przewodnimi słowami "święta" i "prezenty" - sprawiają, że rozbrzmiewające w kolejnych stacjach "last christmas" wham doprowadzają mnie do torsji. nigdy nie lubiłam świąt, ale w tym roku moja awersja osiągnęła apogeum. nieuchronność uczestnictwa w tej świątecznej nagonce, rozniecaniu kompletnie niezrozumiałego dla mnie entuzjamu, jeszcze bardziej odpycha mnie od rytuałów wokół przystrojonego iglaka.
jedyna rzecz, którą naprawdę w tym lubię, to robienie prezentów (i iglak, ale bez zbędnych ceremoniałów). po całym tygodniu walki z widmem "świątecznego boomu", ostatnią rzeczą, o której chce mi się myśleć są prezenty... może wręczę wszystkim jakieś bony, niech sobie wybiorą, co chcą? smutne. naprawdę smutne, bo wymyślanie prezentów najbliższym zawsze było frajdą, szczególnie, że - przyznam nieskromnie - byłam w tym dobra. teraz nie wymyślam, teraz skanuję oferty - własne, konkurencji i tego, kto się napatoczy. jeszcze nic nie wybrałam, bo wciąż wierzę, że ten zastój minie. że wyjdę ze stanu odtrętwienia i stanę po drugiej stronie - zacznę ulegać magii świąt, zamiast kombinować, jak ją wykreować i sprzedać. ale czy tak można? kupić coś od samego siebie? czy jak w tym powiedzeniu o szewcu...?
Tęsknię za czasami, kiedy najprostsze prezenty cieszyły najbardziej. Babcia cieszyła się z szalika, a dzieciaki po prostu z czekolady z orzechami i misia. Zapach pomarańczy już nie urzeka tak jak kiedyś...
schizofrenia mktg...